saldek

Użytkownicy
  • Zawartość

    18
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Reputacja

17 Good

O saldek

  • Tytuł
    Ezo początkujący
  • Urodziny 10.10.1978

Uncategorized

  • Miejscowość
    Jelenia Góra
  • Płeć
    Mężczyzna
  • Zodiak
    Waga
  1. Serdeczne dzięki. Coś się przejaśnia
  2. W Wigilię wszystko zapiszę i podam na forum
  3. To może ja dodam kilka słów od siebie. W naszej rodzinie wigilia była zawsze u babci. Specjalną potrawą były u nas tak zwane "gałki". To gotowana i mielona ryba słodkowodna ulepiona w kuleczki - pulpeciki, podawana na zimno z sosem rybno - cebulowym. Nauczyła się tego moja prababcia od pewnej żydówki w Przemyślu. Prababcia przekazała przepis babci, a dziś specjalizuje się tym mój tato, dalej przepis przejdzie na mnie, więc mamy tutaj wielopokoleniową tradycję "gałkowo - rybną". Co do samych tradycji, święta odbywały się bez chodzenia na pasterki i w ogóle bez chodzenia do kościoła. Może dlatego jako dziecko, zwłaszcza wigilię odbierałem w pewnym sensie, jako tajemniczą, nocną uroczystość w ogóle nie związaną z obrzędami chrześcijańskimi. Być może brało się to stąd, że wieczorową porą kiedy wracaliśmy już po Wigilii do domu zawsze hulał mocny wiatr i księżyc przebijał się przez pędzące jak czarownice na miotłach, chmury. Było to dla mnie bardzo fascynujące i tajemnicze. Jako dziecko miałem wyobrażenia, że to nie był taki przypadkowy wiatr, szum drzew, chmury i do tego dookoła otaczające góry. Bardzo mi się to podobało. Dziś jest już zupełnie inaczej i na przesilenie po Wigilii wybieramy się spotkać z przyjaciółmi i zapalić symboliczny ognień na Hexenplatz (Polana Czarownic w Górach Izerskich). Wszystkim życzę pięknych chwil w tych wyjątkowych dniach i szczęśliwości :D Pozdrawiam, Jarek.
  4. Znaczna, fizyczna poprawa nastąpiła dwie doby później. Nie leży już plackiem i górne drogi ładnie się oczyszczają. Jest jednak trochę depresyjnie. To wyjątkowo wrażliwe dziewczę jest, można by rzec wersja limitowana:) Pozdrawiam serdecznie. Jarek
  5. Wielkie dzięki:) Pozdrawiam serdecznie:)
  6. Witam. Chciałbym prosić o pomoc dla mojej żony. Ma ostrą infekcję górnych dróg oddechowych. Jest ogólnie osłabiona fizycznie i psychicznie. Urodzona 11.10.1978 Oto jej zdjęcie:
  7. W związku z tym, że w dziale Nasza Twórczość nie zalazłem miejsca dla legend i opowieści "własnej roboty", pozwolę sobie zamieścić legendę dotyczącą polskiego przewodnika Jerzego Suchodolskiego. Postać autentyczna, ale jej żywot? Hmmm... ktoś kiedyś mądrze napisał, że w bajki się nie wierzy, ale w legendy powinno. Oto opowieść o człowieku, który w Góry Olbrzymie trafił... moimi oczami opowieść napisana: DZBAN Dzban – Jarosław Szczyżowski – Legenda pierwsza. Pierwsza połowa XIX w. przyniosła nieoczekiwane zmiany, których nikt się nie spodziewał. Po Kongresie Wiedeńskim, w aurze romantyzmu w Górach Olbrzymich znacznie wzrosło zainteresowanie turystyką. Władze Hirschbergu ujrzały przed sobą szansę rozwoju dla ludności górskich wsi. Tą szansą było wprowadzenie profesji przewodnika oraz tragarza lektyk. I tak oto w 1817r. w Hirschbergu powstaje Korpus Przewodników Górskich i Tragarzy Lektyk. Była to pierwsza taka organizacja w Europie. Przewodnicy otrzymywali specjalne legitymacje, nosili zielone kapelusze, białą koszulę, marynarkę, pumpy i wełniane podkolanówki. Wśród przewodników karkonoskich byli też Polacy. Pruska administracja miała tu do rozstrzygnięcia nie lada dylemat: zakaz zatrudniania Polaków, ale z drugiej strony należało zapewnić turystom obsługę ze znajomością ich języka. A Polacy przybywali tutaj licznie! Ubodzy wieśniacy nie znali francuskiego, który mógł być użyty zamiennie wobec polskiej arystokracji. W efekcie tolerowano działalność polskich przewodników, którzy wykonywali swą pracę rzetelnie. I tak oto jednym z nich był Jerzy Fryderyk Suchodolski. Ludzie powiadali, że to polski szlachcic, który wyemigrował ze swojej ojczyzny, aby uniknąć prześladowań i osiadł na tych ziemiach. Podobno uwikłał się w jakieś konflikty w czasach sejmu czteroletniego. Mieszkał w Seydorf, gdzie poślubił Marię Rozynę. Zimą, kiedy ruch turystyczny malał trudnił się tkactwem, a wiosną, latem i jesienią oprowadzał turystów. Góry znał dobrze, tak samo jak i ludzi w nich żyjących. A i zarabiał przy tym nie mało, bo ludzie chętnie go wynajmowali. Dużo ciekawych historii opowiadał mu stary Seidel, który prowadził w sąsiedztwie kaplicy św. Anny gospodę. Wieczorami, kiedy Suchodolski wracał z gór, chętnie zachodził do Seidla na kufel zimnego piwa posłuchać jego opowieści. Znajomości gór zazdrościli mu inni przewodnicy kręcąc nosem i obmawiając za jego plecami. Suchodolskiemu to nie przeszkadzało, moneta brzęczała mu w sakiewce, żona i dziecko byli nakarmieni i to było najważniejsze. Dobry był z niego człowiek i poczciwy. Swoją wiedzę przekazywał chętnie młodszym przewodnikom, którzy dopiero zgłębiali tajniki tej profesji, co z kolei nie podobało się starszym w fachu. Nawet mszę świętą w intencji młodych adeptów przewodnickiej sztuki zamówił na samym szczycie Schneekoppe w kaplicy św. Wawrzyńca. Wzbudziło to nie mały podziw wśród mieszkańców Seydorf, Krummhübel, a nawet w Hirschbergu o tym słyszeli. Ale nie zabrakło też zawiści. Gottlieb Menzel obserwował poczynania Suchodolskiego od dłuższego czasu. Jako najstarszy przewodnik był oburzony tym, że Polak zarabia od niego więcej. Jak twierdził tylko jemu należy się pierwszeństwo w oprowadzaniu turystów, gdyż jako pierwszy zdobył legitymację przewodnika. Włosy mu dęba stawały, gdy spotykał Suchodolskiego na szlaku, a zwłaszcza, gdy widział jego coraz bardziej pękatą i brzęczącą monetami sakiewkę. – Diabli tu nadali tego Suchodolskiego. – Gadał przez zaciśnięte zęby. Pewnej nocy Menzel długo nie mógł zasnąć. Rozmyślał, jak tu pozbawić Polaka sakiewki. Postanowił wejść do jego chałupy. Kiedy słońce zachodziło Gottlieb Menzel siedział w pobliskich krzakach i czekał, aż w oknach zgasną świece. Księżyc był już wysoko na niebie. Menzel nie czekając dłużej wszedł na palcach do chałupy i ukradł zawartość sakiewki. Nazajutrz, kiedy Suchodolski szykował się do wyjścia w góry zobaczył, że jego oszczędności zniknęły! Drzwi do izby i na zewnątrz były otwarte. Pojął wtedy, że ktoś go musiał w nocy okraść. Smutek wielki zapadł na jego twarzy. – Jak my teraz zimę przeżyjemy? – Płakała jego żona Maria. – Nie płacz kochana do końca jesieni zostały dwa miesiące. Zarobię jeszcze na tyle żebyśmy dotrwali do wiosny. – Szedł Suchodolski ze zwieszoną głową Babią Ścieżką i nawet poskarżyć się nikomu nie mógł. Dotarł do Krummhübel, gdzie miał zabrać turystów w góry. Zdał sobie sprawę, że tak naprawdę o tej porze roku Góry Olbrzymie odwiedza coraz mniej ludzi. Na Schneekoppe dzień był za krótki, więc zaprowadził ich do Domku Myśliwskiego hrabiego Schaffgotscha, pana tej ziemi. Dalej do Teichbaude i Budy Hampla, gdzie pożegnał się z nimi wskazując drogę powrotną w dół do Krummhübel. Na koniec dnia zaglądnął do Hampla na kufel piwa. W Budzie siedziało kilku przewodników i miejscowych pasterzy pijąc złoty trunek. Między nimi siedział pijany Gottlieb Menzel. Kiedy Suchodolski stanął w drzwiach donośny dotąd gwar ucichł i przeszedł w znaczące spojrzenia. – Wieść się niesie Suchodolski, żeś stracił wszystkie swoje talary? Prawda to? – Wybełkotał Menzel – Widzę, że szybko się dowiedziałeś, a może ty mi coś opowiesz psubracie! – Suchodolski rzucił się na Menzla, ale zaraz szybko ich rozdzielili. Dla uspokojenia atmosfery Hampel postawił wszystkim następną kolejkę piwa. – Jeszcze mi za to zapłacisz przeklęty Polaku! – Zapluwał się Menzel. Suchodolski usiadł przy stole obracając zarobionego talara w ręce. Hampel postawił przed nim kufel piwa i usiadł obok niego. – Czy to prawda, co powiedział Menzel? – Zapytał. – Tak gospodarzu, to prawda. Jesień w pełni, turystów mało, żona i dziecko na utrzymaniu. Jak przyjdzie przeżyć zimę? – Zesmutniał Suchodolski. Hampel wiedział, że Polak jest dobrym i uczciwym człowiekiem. Żal mu się go zrobiło. Sam od wielu lat mieszkał w górach, nie jedno widział i nie jedno przeżył. Wiele w nim mądrości było. – Poczekaj tu na mnie. – Powiedział Hampel, po czym zniknął w drugiej izbie i za chwilę pojawił się z powrotem. W ręku trzymał dzban. Usiadł i zaczął mówić ściszonym głosem – Weźmiesz ode mnie ten dzban. Dostałem go od poprzedniego gospodarza tej budy, Samuela. Ten dzban jest wyjątkowy. Jak podają stare księgi w dawnych czasach, po naszych górach wędrowali tajemniczy Walonowie poszukując złota i drogocennych kamieni. Nasz Duch Gór rozwścieczył się, że wykradają bogactwa z jego skarbca i duszę jednego z nich w tym dzbanie za swą chciwość uwięził. Ludzie wierzyli, że dzban pochodzi od samego Ducha Gór, który podarował go pierwszemu pasterzowi tej górskiej Budy, Danielowi i nakazał przestrzec wszystkich w okolicy, jaka kara spotkać może tego, kto ze Skarbca jego bogactwa będzie wykradał. Tylko ubodzy, uczciwi ludzie raz w życiu będą mogli część skarbu dobyć. I tak dzban przetrwał po dziś dzień. Legenda głosi, że jeśli napełnisz go wodą z potoku Łomnicy tam, gdzie swój początek bierze, przy pełni księżyca i będziesz miał przy sobie nasiona paproci nazbierane w ostatni piątek miesiąca w księżycowym nowiu, będziesz mógł z niego wylać tyle złota i drogocennych kamieni ile tylko zapragniesz. Jest tylko jeden warunek. Możesz go napełnić wodą tylko raz w życiu. Jeśli złamiesz tę zasadę kara Ducha Gór będzie straszliwa. – W tym czasie rozmowę podsłuchał Menzel wyobrażając sobie niezliczone bogactwa. Suchodolski podziękował gospodarzowi za wszystko i ruszył szlakiem do Seydorf. Po drodze dużo myślał o tym, co opowiedział mu Hampel i nie wiedział, czy dać wiarę jego słowom. *** Liście prawie całkiem opadły z drzew. Suchodolski miał w tym tygodniu tylko jedno wyjście w góry z turystami, którzy i tak musieli zawrócić ze szlaku, bo wiatr zerwał się silny i zaczął padać deszcz, za co dostał tylko połowę stawki. Usiadł Suchodolski w swojej izbie przy stole i opowiedział żonie całą historię, którą usłyszał wcześniej od Hampla. Pokazał też dzban. Najbardziej przerażające było w nim miejsce, w którym nalewało się wody. Rozdziawiona wielka gęba z wyciągniętym jęzorem i zaciśnięte oczy. Postanowił spróbować. Do swojej torby zapakował kawałek chleba, pieczeni, schował dzban, nasiona paproci i wyruszył w góry. Szedł lasem. Był już powyżej Krummhübel. Po dwóch godzinach dotarł do Domku Myśliwskiego hrabiego Schaffgotscha. Kiedy był już nad potokiem Łomnicy usiadł pod świerkiem i wyciągnął dzban. Oglądał go uważnie i nawet strach go jakiś obleciał. Odmówił pacierz, podszedł do potoku i zanurzył go w krystalicznie czystej wodzie. Po chwili zobaczył w nim odbicie pełni księżyca i mieniący się wachlarz kolorów: fiolety, czerwienie, żółcie, błękity i zielenie. Serce zabiło mu szybciej. Spojrzał za siebie, czy nikt, go nie podgląda i zaczął powoli wylewać z niego wodę. Nagle z dzbana zaczęły wypadać przepiękne fiołkowe ametysty, zielone jak wiosenna trawa szmaragdy, czerwone rubiny, granaty, przepiękne żółte cytryny i bryłki złota wielkości monet. Kiedy wylał wodę, zapakował skarby do swojej torby i tyle ile miał tchu biegł przed siebie w dół leśną ścieżką, żeby jak najszybciej i niepostrzeżenie trafić do swojej chałupy. Jego żona czekała z niecierpliwością, kiedy Suchodolski wpadł do izby zdyszany i cały trzęsący. – Jesteśmy bogaci! – Krzyknął – Hampel mówił prawdę! – Wysypał zawartość torby. Kolorowe kamyki i bryłki złota rozsypały się po całym stole. Od tamtej pory ludzie widywali Suchodolskiego rozpromienionego i uśmiechniętego. Nawet chodził ubrany jakby lepiej, rozbudował swoją chałupę i zrobił porządny warsztat tkacki dla siebie i żony na długie, zimowe wieczory. W podzięce nakazał rozbudować Budę Hampla dodając dwie izby dla gości z miejscem na noclegi, a samemu Hamplowi oddał dzban wypełniony talarami. I sporo mu jeszcze zostało, tak że mógł nawet trzydzieści zim z żoną i dzieckiem przeżyć. Za to Gottlieb Menzel spać po nocach nie potrafił i ostatnie włosy z głowy wyrywał. Poszedł, więc w góry do Hampla. – Oddaj mi ten dzban ty stary ramolu! Dość się już wzbogaciłeś! Teraz na mnie kolej! Wyrwał Hamplowi dzban i poszedł w stronę potoku Łomnicy. Kiedy doszedł nad brzeg napełnił go wodą. – No dalej! Uczyń mnie bogatym! Woda zaczęła wylewać się po jęzorze oddając, złoto, ametysty, rubiny i inne drogocenne kamienie. Na ten widok Menzel zdębiał. – Cuda! Cuda! – Wykrzykiwał, po czym napełnił dzban po raz drugi nie zważając na przestrogi Hampla. – Jeszcze! Chcę więcej! – W tym momencie woda w dzbanie zabulgotała i wybuchła niczym gejzer, a dzban otworzył swoje zaciśnięte oczy, spojrzał na Menzla czerwonymi ślepiami, jęzor rozdwoił się, jak u węża, a jego gęba rozdziawiała coraz bardziej, aż w końcu połknęła Menzla w całości. Jego krzyku nikt nie usłyszał. Od tamtej pory już nie drogocenne kamienie i złoto, ale sama gorycz z dzbana się wylewa. Nawet, kiedy miodu do dzbana nalewano, to wypić go później nikt nie potrafił. Dzban podobno przetrwał do dnia dzisiejszego... Tylko sam autor tego opowiadania wie, gdzie jest ukryty. A nasz Suchodolski? Żyje szczęśliwie do dziś… Wszak to legenda, a w nich wszystko jest możliwe...
  8. W zielarskim na bank będzie. Jakbyś miała problem tu tu masz producenta: DARY NATURY Koryciny 73, 17-315 GRODZISK tel. 85 65 69 021 e-mail: biuro@darynatury.pl www.darynatury.pl Na pewno udzielą informacji, gdzie można dostać. U nas w Jeleniej Górze jest w każdym zielarskim. Ewentualnie zostaje allegro. Właśnie jestem na etapie próbowania:)
  9. A może ktoś się jednak skusi i coś wrzuci ciekawego? Tym razem coś z Gór Bystrzyckich... Smutne, ale wzruszające :-) Zapraszam do lektury: Na jednym z ramion Gór Bystrzyckich, tym które dochodzi do Koszeli, leży ukryta w leśnym zaciszu osada nędznych domków, dziś zwana Hutą. Nazwanie miejscowości w języku niemieckim Hüttengut (dobre chaty) było szyderczym wyśmianiem ubóstwa wiecznie towarzyszącego jej mieszkańcom lub też ujawnieniem błogosławieństwa płynącego z faktu ustronnego położenia osady. Bowiem od wieków jedynymi sąsiadami Huty były pola, łąki i samo niebo. W wioseczce znajdował się szynk, w którym zawsze wszystkiego brakowało, szkoła oraz leśniczówka. Wszystkie drogi jakby skradały się do Huty, bo przecież żadna z nich do niej nie dochodziła. Czyżby omijały ją lękając się tego ustronia? A może sama uboga Huta bała się spojrzeć w dół, w bogatą i żyzną Kotlinę Kłodzką? Ale przecież istniała i do dziś istnieje jedna wyraźniejsza ścieżka, która wiedzie na płn. - zach. Jest to droga szczególna - można nią iść i iść, długo i długo, i cały czas prosto, a kto podejmie tę samotną wędrówkę, tego wkrótce ogarnie strach. Droga jest bowiem dostojna, a jednocześnie przygnębiająca, tajemnicza, budząca grozę, a zarazem pociągająca. Droga, którą lud nazwał "Wieczność". Ten sam lud, który tak doskonale odczuł wyjątkowość owej drogi i tak trafnie nazwał ją, jest przekonany, że cała magia tej osobliwej leśnej ścieżki pochodzi od zagadkowego tworu, który stoi ukryty w zaroślach po prawej stronie "Wieczności". Jest to Steinerne Mann = Kamienny Człowiek - znany w całej okolicy - nieforemna figura nadnaturalnej wielkości, bardziej podobna do bożka, który z własnej woli nagle wyrósł z ziemi. Nogi Kamiennego Człowieka - sztywne i bez przegubów wyrastają jakby spod ziemi. Dwa ramiona jak kołki o zaledwie zarysowanych dłoniach przytwierdzone są do nieruchomego tułowia. Na szerokich barkach siedzi sztywno osadzona, bez szyi, niepospolicie wielka głowa. Usta są zaledwie głębszą rysą. Nos mały, z okrągłym garbem. Ale z oczu Kamiennego, które są przecież tylko czarnymi wgłębieniami, przeziera coś niesamowitego. Odwieczna tajemnica?! Prastara mądrość?! Odpowiedź na zagadkę istnienia?! Ciekawe, że nie można wskazać, od kiedy Kamienny Człowiek stoi tam wśród drzew. Może, skoro stoi na "Wieczności", tak jak i ona nie ma początku. Ci jednak, którym takie wytłumaczenie nie wystarcza, którzy przyznają pierwszeństwo w patrzeniu na świat rozumowi, twierdzą, że Kamienny Człowiek jest dziełem kamieniarza z pobliskich Wójtowic. Ci wszechwiedzący znają nawet imię tegoż człowieka. Jak twierdzą był to Józef Brunner, którego prawe ramię było przetrącone, a spojrzenie - zezowate. Pewnego wieczoru ci sami ludzie siedzieli z Józefem w karczmie przy wódce i kategorycznie wmówili mu, że to właśnie nikt inny, jak on postawił Kamiennego na "Wieczności". Słysząc to Brunner jeszcze bardziej zwiesił swoje prawe ramię i długo milczał. Potem usiłując nakłonić swoje chore oczy do patrzenia w jednym kierunku, potakująco kiwnął siedzącym obok niego mężczyznom i powiedział: "No, tak... Jeśli chcecie, niech i tak będzie." Po czym wstał i szybko wyszedł ciągle nic nie mówiąc. Zaledwie do zebranych doszedł trzask zamykanych przez niego drzwi, dał się słyszeć łoskot, jakby po gontowym dachu karczmy toczyły się kamienie. Kiedy mężczyźni wybiegli na zewnątrz, aby zobaczyć skąd ten hałas pochodzi, z "Wieczności" dało się słyszeć przerażająco dzikie sapanie. Nieprzytomni ze strachu szybko wrócili do izby. Zaś następnego dnia na drodze do Wójtowic znaleziono zabitego Józefa Brunnera. Miał skręcony kark. Zdarzenie to miało miejsce w pierwszym trzydziestoleciu XIX w. i jest z całą pewnością prawdziwe, mimo że nie zostało zapisane w żadnej z książek. Bardzo mocno zapadło natomiast w pamięci ludzi i to nie tylko świadków tego nieszczęsnego wypadku, którzy pozostając w śmiertelnym przerażeniu nigdy nie starali się dociec jego źródeł. Powszechnie wierzono, że Kamienny Człowiek stał w lesie od zawsze. Na pozór tylko obojętny na losy ludzi, choć bez uszu, jednak wszystko słyszący. Mimo że z sercem kamiennym, ale przecież zawsze czuwającym, spieszącym z pomocą tym, których albo opuściło w życiu szczęście, albo troski stawały się za ciężkie. Tajemnicza śmierć wójtowickiego kamieniarza obudziła w ludziach pamięć wydarzenia, dzięki któremu po raz pierwszy usłyszano o istnieniu Kamiennego Człowieka. Działo się to w czasie, kiedy Fryderyk Wielki prowadził z Austriakami długą i wyczerpującą wojnę o posiadanie Śląska. Wielu szlachciców tego kraju było wtedy jeszcze sprzymierzonych z domem cesarskim w Wiedniu i potajemnie zachęcało ludzi do buntu przeciwko najeźdźcy. Najzagorzalszym z buntowników był graf Herberstein. Miał on swoją posiadłość - Gorzanów - nad Nysą, ale ród grafa oraz rodzinny majątek znajdowały się w Styrii. Zdarzało się czasami, że potajemnie przekraczał granicę, zatrzymywał się na zamku w Gorzanowie i z wielką przezornością oddawał szpiegostwu na rzecz Austrii. Prusacy od przekupionego człowieka dowiedzieli się o poczynaniach Herbersteina, jednak mimo wielkiej czujności, nie mogli go złapać. Ale pewnej jesiennej nocy, kiedy hrabia przebywał w swoim zamku, przybył tam odział pruskiej piechoty przyprowadzony przez szpiega i wdarł się do środka. Prusacy w poszukiwaniu zdrajcy otoczyli zamek i przeszukali go od piwnicy aż po strych. Wszystko daremnie. Herberstein jakby rozpłynął się w powietrzu. Naprawdę - przebrany za parobka wymknął się tuż obok pruskiego żołnierza tylnymi drzwiami. Gdy tylko zniknął w ciemnościach, Prusak zorientował się, kim był chłop, który dopiero co przeszedł obok niego. Natychmiast uderzył na alarm i wraz z kamratami wyruszył w pościg za grafem. Ten biegł tak szybko, jak tylko sam diabeł by potrafił. Mimo że wrogowie deptali mu już po piętach, zdołał im się wymknąć. Wreszcie wyczerpany i śmiertelnie przerażony dobiegł do lasu. Kto wie, co stałoby się z Herbersteinem tropionym przez wrogów jak dzikie zwierzę, gdyby, jak głosi legenda, nie pomógł mu Kamienny Człowiek. Las, w którym ten stał od stuleci, należał bowiem do rodu grafa. Zatem, żeby odwdzięczyć się za doznawaną opiekę Steinerne Mann postanowił udzielić ratunku uciekającemu. Najpierw sprawił, że żołnierze pruscy usłyszeli w lesie hałas jakby polowania, a przez to zgubili odgłosy biegnącego przed nimi hrabiego. Klnąc i złorzecząc jednak nie zaprzestali pościgu. Wtedy w dziwny sposób kamienie jakby się zmówiły, bowiem nagle wyrastały spod ziemi tuż przed stopami goniących. Ścigając tak hrabiego, jednocześnie weszli na grzbiet górski. Znaleźli się na nim nocą. Nagle usłyszeli niedaleko od siebie jakieś odgłosy, jakby urywane oddechy zmęczonego człowieka. Byli przekonani, że tuż obok nich musi być graf. Bardzo długo szli jednak przez gęsty las i nikogo nie spotkali. A im dłużej tak wędrowali nocą w ciemnym borze, tym bardziej rósł w nich strach. Zwłaszcza Prusak idący na przedzie był już bliski obłędu. Wtem nagle spostrzegł stojącą tuż przed nim jakąś postać. Był to Kamienny Człowiek. Oddalony od niego o jakieś 20 kroków stał milcząco i nieruchomo. Żołnierz sądził, że to nie może być nikt inny jak tylko ścigany Herberstein. Widocznie znieruchomiał ze strachu i oczekiwania na atak stojącego tuż przed nim wroga. Prusak, nie spuszczając oka z nieprzyjaciela, zaczekał na nadejście swego zostającego w tyle towarzysza i trzykrotnie krzyknął z całej siły: "Ktoś ty?" Po trzecim wezwaniu strzelił. Las odpowiedział głuchym echem i w tej samej chwili żołnierz upadł nieżywy na ziemię. Kula odbiła się od kamiennego ciała Strażnika Wieczności i śmiertelnie trafiła strzelca w sam środek czoła. Towarzysze nieszczęśnika rzucili się z bagnetami na rzekomego grafa chcąc pomścić śmierć swego przyjaciela. Lecz kiedy zbliżyli się do tajemniczej postaci i rozpoznali w niej kamienną figurę sromotnie zawstydzili się swojej pomyłki. A Starzec patrzył na nich wyniośle swymi kamiennymi oczyma i milcząco uśmiechał się, bowiem wszystko odbyło się, jak zaplanował. Haniebnie pokonanym me pozostało nic innego, jak tylko w milczeniu znieść z gór zwłoki zabitego żołnierza. Tymczasem Herberstein dotarł tajemną drogą za granicę. Pamięć owego wydarzenia trwa do dziś w nazwie owej ścieżki, tj. Droga Wielkiego Strachu, albowiem wielkie było przerażenie hrabiego podczas tej ucieczki. Podania, które opisują działanie wszelkich duchów, nie pomijają i tej historii o uratowaniu Herbersteina przez Kamiennego Człowieka. Przekazują one również, że tak jak ta tajemnicza postać nigdy me przestała być wierna rodowi ze Styrii, tak też zawsze była wrogiem Prus. Bowiem okoliczni mieszkańcy Huty twierdzą, że wielokrotnie widziano Kamiennego Człowieka przechadzającego się nocą po ruinach Fortu Wilhelma, podczas gdy miałby on stać nie poruszony na swoim stałym miejscu. Od opisanych wyżej wydarzeń nigdy więcej nie słyszano, aby się wtrącał on do polityki możnych tego świata. Raczej znajdował zadowolenie w tym, że obserwował życie okolicy i czasami, o ile było to konieczne, ingerował w losy jej mieszkańców. Szczególnie interesował się nieszczęśliwie zakochanymi parami. Przy tym zawsze stawał bardziej po stronie kobiet i dziewcząt niż mężczyzn i chłopców (sam przecież był mężczyzną). W kłótnie małżeńskie prawie wcale się nie wtrącał. Uważał, że niejednokrotnie i sam Pan Bóg nie umiałby znaleźć takiego rozwiązania sporu, aby zadowolić każdą ze stron. Zawsze jednak, gdy w dwu młodych sercach zaczynało się rodzić uczucie miłosne, mech w oczach Kamiennego zaczynał migotać przepełniając jego twarz tajemniczym wyrazem. On sam zaś tak uparcie i długo kusił zakochanych, aż oboje niby przypadkowo zaznawali przy jego boku i pod jego opieką pierwszych uciech miłości. Bywało jednak, że na drodze do szczęścia młodym stawały różne przeszkody. Wtedy Kamienny Człowiek miał do wykonania trudniejsze zadanie. Szczególnie było ono skomplikowane, gdy rodzice zakochanych nie chcieli zgodzić się na małżeństwo swych dzieci. Wtedy Starzec poprzez męczące sny drążył ich upór. Dniem i nocą podsuwał im na myśl tyle wątpliwości, że wreszcie dla świętego spokoju wypowiadali: "Tak". Jednak czasami zdarzało się, że wszystkie te tajemne działania były bezsilne wobec zatwardziałego rozsądku jakiegoś ojca lub hardego serca jakiejś matki. Wtedy pozostawał jeszcze ostatni środek - zarośla. Właśnie tam Kamienny wabił na ostatnią schadzkę swoją nieszczęśliwie zakochaną parę. Uśmierzał gorycz panującą w ich sercach, potem coraz bardziej wzniecał ogień ich miłości, aż oboje zapominali o całym bożym świecie. Zauroczonych sobą nakłaniał, aby w jagodzinach za jego plecami dopełnili swego uczucia. Kiedy tak patrzył na czule obejmujących się kochanków, prawdziwie współodczuwał ich szczęście. Gdy kochankowie nieprzytomni jeszcze po upojnej chwili rozkoszy, wstawali z zamiarem podziękowania swemu dobroczyńcy i niebacznie dotykali go, zdumieni czuli, że jest on ciepły. Stare zarośla - ten ostatni środek -jak sięgnąć pamięcią, nigdy nie zawodziły. Bowiem skoro tylko matka dziewczyny zobaczyła jej błogosławiony stan, sama domagała się, aby młodzi jak najszybciej pobrali się. Wielu mogłoby się oburzać na niemoralność postępowania Kamiennego Człowieka, ale czymże jest tych kilka głosów wobec wieczności. Starzec stał na przypisanym mu miejscu, zupełnie zadowolony z funkcji jaką pełnił w życiu okolicznych mieszkańców. Aż pewnego dnia zdarzyło się, że przechodziła obok niego kobieta, którą kiedyś połączył z ukochanym mężczyzną. Ta, widząc zarośla, uśmiechnęła się na wspomnienie spędzonych w nich miłosnych chwil. Uśmiech jej tak podniecił Kamiennego Człowieka, że zapragnął objąć ją swymi ramionami. Na szczęście w porę zorientował się, że to mogłoby ją śmiertelnie przestraszyć. Dlatego nadal stał nieruchomo na swoim miejscu patrząc jedynie za odchodzącą, jak w zieloności znikają jej falujące biodra. Zajęty takimi historiami Starzec spędzał dziesiątki lat i właściwie był zadowolony ze swego losu. Małżeństwa bowiem, które miały przy nim swój początek, wprawdzie nie należały do najspokojniejszych, ale przecież nigdy się nie rozpadały. I wszystko byłoby w jak najlepszym porządku, gdyby nie wydarzenie, które do głębi wstrząsnęło Starcem... Od dzieciństwa była ruchliwa jak trzmiel. Czarnooka, kędzierzawa, silna i piękna - najstarsza córka drwala Schirmka. Wraz z ojcem przybyła do Huty z Czech. Ledwo co bluzeczka opinając się uwydatniła jej piersi, a ona już zaczęła zawracać w głowach chłopcom i flirtować z nimi w lesie przy Kamiennym Człowieku. Chociaż ten zawsze był pobłażliwy wobec swawolności, to jednak dziewczynę płoszył i jak mógł, studził jej miłosny zapał. A to jakaś furmanka przejechała drogą, a to leśnik z psem akurat wyszedł na obchód. Mimo to jednak dziewczynie udało się stracić przy Starcu niewinność. Widząc to Kamienny dniem i nocą myślał, co zrobić aby z powodu swej namiętności nie stoczyła się na dno. Wtedy dotarła do niego wiadomość, że dziewczyna zeszła w dolinę, aby służyć u bogatego gospodarza. To ucieszyło, ale i zasmuciło Starca, bowiem czuł się niejako za nią odpowiedzialny. Rozmyślał o niej, czasami przychodziła do niego we śnie. Jednak mimo całej tajemnej siły jaką posiadał, nie miał przecież nieograniczonej władzy nad losami ludzkimi. Kilka miesięcy po odejściu dziewczyny wdał się w spór z nadleśniczym Skeyde z Pokrzywna. Jego konie pewnego razu na widok kamiennej postaci stojącej w lesie spłoszyły się, rozbijając wóz w kawałki. Steinerne Mann musiał w każdej chwili być gotowy do użycia całej swej siły, bowiem Skeyde nie tylko znieważył go nazywając leśnym straszydłem ale też zapowiedział, że każe poćwiartować jego ciało i zmieść z powierzchni ziemi. Dlatego Kamienny Człowiek nie spostrzegł, że dziewczyna w kilka miesięcy później wróciła do Huty i potajemnie pozbyła się dziecka (ojcem jego był pan, u którego służyła) zakopując zwłoki pod drzewem śliwkowym w ogrodzie swego ojca. Po roku dopuściła się podobnej zbrodni w ten sam sposób. I znów Starzec niczego nie zauważył, ponieważ tak silnie był zaślepiony nienawiścią do nadleśniczego z Pokrzywna, że na nic nie zwracał uwagi. Ale kiedy zwyrodniała matka, która przez rozpustę stoczyła się na samo dno, po raz trzeci dokonała mordu, wtedy Kamienny Człowiek zbudził się ze swego letargu. Pewnej bezsennej nocy usłyszał on bowiem dochodzący z okolic Huty stłumiony okrzyk przerażenia małego dziecka i odczuł, jak ziemia zadrżała śmiertelnymi drgawkami jego ciała. Wtedy poruszył się na swoim stałym miejscu i wszystkowiedzącymi oczyma zobaczył, jak morderczyni układa na świeżo zasypanych zwłokach darninę, po czym szybko ucieka przez las w stronę wsi. Po ujrzeniu tego strasznego widoku Kamienny Człowiek stał zupełnie przygnębiony i struchlały. Kiedy po tym wstrząsie odzyskał siły, zaraz postanowił odszukać nieszczęsną kobietę. W przerażone serce jej matki wyszeptał wszystkie obserwacje, które poczynił. Sąsiadom podsunął wyjaśnienie krzyków, które oni także słyszeli. W ten sposób wieść o zbrodniarce wkrótce obiegła całą okolicę. Jednocześnie ani na krok nie odstępował od uciekającej. Wszędzie gdziekolwiek była, czuła za sobą jego obecność. Milczący stał przy jej łóżku, kiedy kładła się spać i spoglądał na nią przeszywająco. Kiedy chciała jeść, ściskał jej szyję tak, że każdy kęs stawał się nie do zniesienia. Kiedy mimo całego tego dręczenia jej upór nie osłabł, pewnej nocy położył na jej piersi zwłoki ostatnio zamordowanego dziecka. Przy tym śpiewał cichutko słodką kołysankę, którą matki śpiewają swoim dzieciom na dobranoc. To wreszcie złamało jej twarde, kamienne serce. Wyskoczyła z łóżka, pognała na ulicę i kazała pierwszemu napotkanemu policjantowi zaaresztować się. Wsadzono ją do ciężkiego więzienia w Świdnicy. Widząc nieszczęsną w takiej biedzie Kamienny Człowiek zlitował się nad nią. W dniu wydania wyroku, kiedy stała przed szafotem, ukazał się jej pełen łagodności i ciepła. Dzięki temu napełnił serce skazanej ukojeniem tak, że nie odczuła zbyt mocno katowskiego cięcia. Po tym strasznym wydarzeniu Starzec stracił swoją moc, jego poorana wiatrem twarz z trudem dała się rozpoznać. Wprost złorzeczył swemu istnieniu i kiedy zobaczył kostuchę idącą przez "Wieczność" do Huty, by czynić swoją powinność, zawołał ją prosząc o śmierć. Ta zawahała się, nie wiedząc kto ją woła. Ale kiedy zobaczyła Kamiennego Człowieka, szyderczo śmiejąc się pokręciła głową, naciągnęła jeszcze bardziej szary płaszcz na swój szkielet i cicho odeszła. Księżyc obojętnie i zimno patrzył na żałość Starca, gwiazdy tańczyły nad nim, wiatr dudnił wśród drzew nie zwracając na niego uwagi, nawet zwierzyna z daleka omijała go, gdy tylko niebacznie znalazła się w pobliżu. Czuł się zatem przez wszystkich odrzucony i wzgardzony. Do tego wszystkiego pewnego wieczora stanął przed nim nadleśniczy Skeyde - człowiek, którego on ze wszystkich ludzi na świecie najbardziej nienawidził. Dużo wcześniej zsiadł z wozu i ostatni odcinek drogi szedł pieszo. Kamienny nie słyszał nadejścia leśnika bowiem w jego duszy panował teraz zupełny mrok. Zapewne także pod wpływem ciągłego przygnębienia tajemna siła bardzo osłabła. Przede wszystkim dar przewidywania, który przecież był tak silny, prawie całkiem zaniknął. W przeciwnym razie bowiem Starcowi byłoby wiadome, że tego dnia z powodu nadużyć pozbawiono Skeyde urzędu nadleśniczego. Przynajmniej powinien był on wiedzieć, że ta ostatnia podróż leśniczego była jego pożegnaniem z lasem, który stanowił jedyną czystą miłość, jaka w dumnym i plugawym sercu tego człowieka jeszcze żyła. Kiedy Skeyde zbliżył się do Kamiennego i zobaczył jego nieforemną głowę wystającą wśród zieleni, wybuchnął głośnym śmiechem, potem łamiąc gałęzie stanął przed nim w ciągłych napadach szyderczego śmiechu. "Tak, tak" - głośno krzyknął. "To kamienne ścierwo jeszcze stoi w środku pięknego lasu, a ja muszę odejść; ja, nadleśniczy Skeyde, zostałem wypędzony jak parszywy pies. Do diabła!" Mówiąc to splunął Starcowi w sam środek pooranej wiatrem i znękanej twarzy. Ta nowa zniewaga doznana od największego wroga do żywego zraniła go. Jego twarz nabrała wyrazu demonicznego, z oczu biła wściekłość. Przerażony Skeyde cofnął się i zobaczył, że Kamienny prawym ramieniem sięga po coś za swoje plecy. To wprawiło nadleśniczego w osłupienie. Pełen trwogi uciekł. Gdy wszedł do domu, osłupiały długo stał w sieni i nie mógł zrozumieć co mogło oznaczać to zachowanie Kamiennego Człowieka. Zdarzenie nie dawało mu spokoju, wszędzie chodził za nim tajemniczy obraz Starca. Bliski obłędu, jak lunatyk wstał pewnej nocy i poszedł do sypialni, w której na gwoździu wisiała strzelba. Sprawdził czy jest nabita i stanął przed wielkim lustrem. Nie zobaczył w nim jednak swojego odbicia. Zamiast niego ujrzał Kamiennego Człowieka stojącego na "Wieczności", jak prawą ręką sięga po coś za swoje plecy. "Aha, toś tak to zrobił" - pomyślał Skeyde. Zdjął strzelbę z gwoździa i trzymając ją w prawej ręce przełożył za plecy jednocześnie odchylając głowę do tyłu. Po czym nacisnął spust. Kiedy na odgłos strzału do pokoju wbiegli ludzie, przed lustrem leżał Skeyde z roztrzaskaną głową i uśmiechem zadowolenia na ustach. Strzał, który zabrał z tego świata duszę nadleśniczego, przeszył drewniane ściany leśniczówki i spłoszył leśną zwierzynę. Kiedy stłumiony odgłos dotarł do Kamiennego Człowieka, przez jego ciało przeszedł dreszcz. Bardzo dotkliwie odczuł bowiem to zrządzenie losu, które znów zmusiło go do pozbawienia życia jeszcze jednego człowieka. Nie mógł tego przygnębienia niczym przezwyciężyć. Drzewa rosły nad nim coraz wyżej i gęściej, a on patrzył na to ze spokojem. Był zadowolony, kiedy dzikie zarośla zupełnie schroniły go przed ludzkim wzrokiem. Tylko w noc Bożego Narodzenia nachodzi go wspomnienie o wcześniejszym barwnym życiu. Wtedy gdy tam na dole zewsząd słychać o północy śpiew, nad głową Starca bardzo krótko żarzy się jakieś błogosławione światło. Ale niestety od czasów I wojny światowej i ono zgasło. tłumaczenie z niemieckiego: Bożena Mrugalska, Agnieszka Pregiel
  10. Will Erich Peuckert - Schlesische Sagen cz.5 i 6 póki co ostatnia Piotr Włast U wejścia śląskiej historii stoi Piotr Włast, którego legenda zrobiła duńskim szlachcicem, podległym księciu Bolesławowi, który uczynił go wielkorządca na Śląsku. Jego ojciec ukrył skarb zamordowanego króla duńskiego i Bolesław III podjął wyprawę na północ, aby odnaleźć i sprowadzić skarb będący własnością hrabiego Piotra Własta. Dzięki skarbowi ojca Piotr wybudował zamek na Zobten (Sobótka) i wiele kościołów w kraju. Mówi się że było ich 77. Znana jest jeszcze inna legenda mówiąca o pochodzeniu tych pieniędzy. Piotr włóczył się po lesie, zmęczony położył się przy pewnym strumyku i zasnął. Swój miecz położył w poprzek strumienia. Stróżował nad nim tylko jego służący. Po tym, gdy hrabia już wypoczął opowiedział służącemu swój sen : „Śniło mi się, jakoby mysz przebiegła po żelaznym mostku i wśliznęła się w drzewo, które kryło w sobie skarb”. „Panie, , gdy spałeś jakaś mysz przebiegła po twoim mieczu i schowała się w tamtym drzewie”. Powiedział wtedy sługa. Piotr pojął, że żelaznym mostkiem był jego miecz, podszedł do drzewa, o którym mówił sługa, i znalazł w nim ogromny skarb. Pewnego razu Pan Piotr wyruszył konno z księciem na polowanie. Ponieważ zastała ich w lesie noc, musieli ją spędzić w lichym obozie. Książę krótko zabawił z Piotrem, mówiąc: „Twoja kobieta będzie dzisiaj miała o wiele lepsze legowisko niż ty masz, u opata w Schrin(?)”. Piotr pomyślał i odparł zaczepnie księciu: „Panie może Wasza małżonka śpi na mięciutkim puszku u Tobiesse”. Ten Tobiasz był Niemcem, nieprzychylnym Polakom, i byłoby to irytujące, gdyby flirtował z królową, która też była Niemką. Król zamknął się w sobie i zarzut ten przemilczał. Później jednak wyjawił go swojej małżonce, w której rozpaliła się nienawiść do Piotra. Szukała teraz okazji, aby usunąć go ze swoich oczu. Przekonała w końcu małżonka i spowodowała, ze w roku 1144 pojmano go, ucięto mu język i wydłubano oczy. Zdarzył się jednak cud i po pewnym czasie odzyskał on wzrok. Książęta, panicze i klechy Według legend książę Jan I był obrzydliwym, nieludzkim typem. Opat klasztoru Augustianów wystąpił niegdyś przed nim i wygłosił pokutne kazanie. Książę Jan śmiał się jednak tylko i wskazując na nową wieżę odparł: „Klecho, jeśli ta wieża się zawali lub jakaś samotna dzika gęś tędy przeleci, wtedy ci uwierzę.” Potem kazał go oślepić. Krótko po tym zdarzyło się to, że 12 lutego 1439, mocna wieża kościelna bez przyczyny i powodu zawaliła się, nikt nie został ranny oprócz strażnika, który miał odtąd sparaliżowaną nogę. Ten pokuśtykał do księcia i oznajmił mu, co się stało, jakie nieszczęście się zdarzyło. Książę bardzo się przestraszył i rozkazał zaprzęgać powóz, aby móc wyjechać. Gdy wykrzyknął ponownie, aby się pospieszono, zobaczył jak dzika gęś leci samotnie, a widząc to, jeszcze bardziej się przestraszył. Strach i lęk spowodowały, że się rozchorował. Peter Martin odwiedził go i dokończył to, co zaczęła wieża(?). Książę wylał gorzkie łzy z powodu swoich wszystkich uczynków, a wtedy ukazał mu się szatan i powiedział: „Zobacz….. czy uwolniłeś się tym twoim płakaniem?”. W niedzielę po Wielkanocy książę umarł w kościele klasztornym w Żaganiu i na swoje ostatnie życzenie został pochowany na samym jego środku, aby duchowni, którymi za życia tak bardzo gardził mogli go teraz deptać swoimi stopami. Ziemia przypadła jego synom. Janowi II i Baltazarowi którzy stanęli po jednej stronie przeciwko Jerzemu z Podiebradów, który był w sojuszu z Wrocławiem. Pewnego razu książę Jan II napadł na Wrocławian podległych swojemu bratu. Wielu zabił a resztę rozebrał i wysłał gołych do domów. Ten głupi wybryk uraził szczególnie biskupa, który rzucił na niego klątwę. Jan jednak drwił sobie z tego, wystawił na pośmiewisko kanoników z Głogowa, gdy ucichły wszelkie śpiewy i msze w kościołach. Książę kazał ich prosić na rozmowę, ale nie do swojego zamku, ponieważ był człowiekiem obciążonym klątwą, lecz na most gdzie mieli się spotkać. Kanonicy postąpili zgodnie z prośbą i przyszli na wyznaczone miejsce, gdzie był już książę ze swoim dworem. Gdy duchowni znaleźli się pośrodku mostu, na rozkaz księcia rybacy połamali od spodu deski mostu. Potem książę wykrzyczał do nich: „Kochani ojcowie, zastanówcie się, czy nadal nie chcecie śpiewać czy wolicie skakać”. Dobrzy duchowni nie widzieli nic prócz wody i krzyczeli z przerażenia: „ Panie, chcemy śpiewać!”. Po tym zwolnił ich do domów. Gdy latem 1472, książę Jan II był ze swym bratem Baltazarem księciem żagańskim , na stopie wojennej, zmusił go do poddania się i kazał zamknąć w wieży zamkowej w Przewozie. Dozorca zamku, niechybny łotr, kazał biednemu Baltazarowi, którego nienawidził, stopniowo zmniejszać ilości jedzenia i picia, i wyrzucił ponoć klucz od żelaznych drzwi do lasu. Tymczasem książę Jan zatrzymał się w Żaganiu. Gdy pewnego dnia usiadł do stołu, naszła go nagle jakaś niewytłumaczalna trwoga, pomyślał o bracie Baltazarze. Wyskoczył naraz zza stołu, kazał osiodłać konia i popędził do Przewozu, aby uwolnić Baltazara. Po drodze jednak koń jego padł w Hartmannsdorf, i choć szybko dosiadł innego i z kopyta popędził dalej, przybył za późno. Gdy wyłamał drzwi więzienia, przedstawił się mu wstrząsający widok. Jego brat leżał martwy na ziemi, mięso było oderwane od ramion, a na ścianie było napisane krwią: „Pragnienie dręczyło mnie bardziej niż głód.” Książę Jan odsunął się od ludzi i kraju. Został samotnikiem, oddanym alchemii, a zestarzał się w Wołowie. W bibliotece wrocławskiej znajdują się jeszcze wskazówki : „Duci Johanni transnissa”, które napisał dla niego jakoś Walończyk lub alchemik, które miał od mistrza Bartolomeusza „dostojnego duchownego”. „ W imieniu naszego Pana Jezusa Chrystusa chcę zacząć mówić o połączeniu złota i srebra i robieniu mieszanki mądrości, wyrastających z niej owoców użyteczności, robi się z tego lekarstwa dla wszystkich chorób nieczystego pochodzenia i natury ludzkiej, dla zachowania zdrowia.” Tym świętym Janem zdaje się być Jan von Tschirn, którego Wrocławianie zabili jego własnym mieczem w zamku Przeworno, który zdobyli. Ów Jan miał zawrzeć z diabłem umowę na określony termin. Dla ratunku swojej duszy grał z diabłem w kręgle od Rummelsberg koło Strzelina aż w górę na Siebenhufen . Diabeł na krzywej drodze strącił osiem kręgli. Rycerz w swoim zwątpieniu pochwycił kamień narożny bramy i przewrócił wszystkie dziewięć. Wyjąc i bluźniąc diabeł zniknął w ciemności. Rycerz tymczasem wiódł dostatnie życie. Straszny koniec spotkał jednego z władców śląskich a mianowicie Mikołaja opolskiego. Pewnego dnia będąc pod Nysą zaczął przeczuwać, że planuje się przeciwko niemu coś złego. Aby przeszkodzić planom wroga, porwał się na to, aby zabić biskupa. Pomimo, że zaraz potem uciekł do kościoła, został pojmany i skazany przez miejskich ławników na śmierć i ścięty. Pisze się, że Bóg dał przykład boskiego gniewu. Ponieważ nie miał na sobie, jak było to wtedy w zwyczaju przepaski na biodrach, a jego ciało odchyliło się do tyłu na plecy, widziano, że gdy już nie żył, jak jego członek obnażył się i zesztywniał. Stało się tak, gdyż za życia był człowiekiem lubieżnym a skromne przyzwoite panny miały się czego obawiać. Mówi się nawet o tym, że obcował z własna matką. W tym samym czasie, gdy kronikarze umieli tyle mówić o krwawych zbrodniach, złych, wstrząsających wydarzeniach, nie zapominali także pisać o sytuacjach śmiesznych, głupotach, psotach, szelmostwach. Było to oszustwo, o którym wie kronikarz Cureus od tragarza beczek ze Złotoryi. Dopiero dzisiaj możemy się z tego śmiać. Kiedyś mianowicie książę Bolesław Rogatka , chciał ściąć kogoś, kto na to nie zasłużył. Przyjaciele też go opuścili i utrzymano wyrok w mocy, aby go stracić. Po wszystkim przychodzi tenże z krwią na plecach i pojawia się w mieście przed obliczem księcia. Dworzanie księcia przekonywali go, że wielu zmarłych w tym mieście tak robi, że jest to już jakby takim zwyczajem i nie ma się co bać. Książę jednak bardzo się przestraszył i opuścił miasto i nigdy już do niego nie wrócił. W owym czasie dobrą opinia cieszyło się piwo ze Ścinawy. Nawet książę Konrad, zwany ze względu na swój garb „Koszyczek”, pobożny człowiek, kanonik, proboszcz katedry we Wrocławiu miał o nim bardzo dobre zdanie. W 1303 roku miał przybyć na zaproszenie brata do Salzburga i objąć urząd arcybiskupa. Ten dobry głupiutki śląski książę Konrad, po drodze, gdy dotarł do Wiednia a jego piwo ze Ścinawy się skończyło (wziął je ze sobą na wszelki wypadek) zażądał, aby podano mu inne piwo. We Wiedniu powiedziano mu, że piwa nie ma a w Salzburgu pija się zwyczajowo wino włoskie a nie piwo. Wtedy Konrad odpowiedział, że woli zrezygnować z biskupstwa zamiast piwa i wrócił do domu. To jednak wzburzyło jego brata strasznie, kazał on pojmać Konrada i jako szalonego człowieka wrzucić do wieży i trzymał go tam jakiś czas. Usłyszymy również o tym, że na Śląsku dobrze sobie popijano, ale poza tym rozumiano, co znaczy dobrze żyć. Gdy zmarła Węgierka, (żona księcia Ludwika z Legnicy), tenże pojechał konno na dwór cesarza Zygmunta. Chciałam tam się pokazać i zachować bardzo książęco, zaprosił, więc cesarza i wszystkich książąt dworskich w gości. Taka „szczodrość” nie spodobała się cesarzowi, który zażądał, aby książę Ludwik nie zapraszał gości, tylko przybył z innymi na dwór do jego stołu. Tego jednak książę nie chciał w żadnym wypadku uczynić. Gdy nadszedł sądny dzień i trzeba było gotować, szef kuchni Ludwika przyszedł do niego i oznajmił, że cesarz zabronił, aby sprzedano mu drewno. Wtedy też w tym miejscu zatrzymało się wiele wozów z orzechami z Włoch. Książę nakazał kupić orzechy i na placu rozpalić nimi duże ognisko i tak oto gotowano na orzechach. Mówiono potem, że nigdy nie było lepszych potraw jak te przygotowane na orzechach. Mniej uprzejmy był książę Jan, którego obywatele Zgorzelca wypędzili z miasta, ponieważ prowadził lubieżne i wyuzdane życie, zagrażając tym samych ich żonom i córkom. Ów książę uciekł do domku myśliwskiego do Ebersbach. Po drodze jednak zatrzymał się na średniej wysokości wzgórzu, gdzie jest kamień, z którego można obejrzeć sobie całe miasto. Tam to się książę zatrzymał i zażył krótkiego odpoczynku. W tym miejscu skorzystał również ze sposobności, aby po raz ostatni pokazać mieszkańcom miasta swoje oblicze, jednak nie to z przodu i wypowiedzieć zapraszające życzenie... Wesołym, szelmowskim księciem był też Bolesław, który skupował we Wrocławiu mleko na Nowym Targu i wlewał je do beczki stojącej przed jego domem zajezdnym w którym się zatrzymał. Wlewał i nie dokonywał transakcji kupna. Gdy mleko się skończyło, oznajmił mleczarkom, że już go nie potrzebuje i każda z nich może wziąć sobie tyle z powrotem, ile dała. Gdy to usłyszały, każda z nich chciała być pierwsza, aby wziąć jak najwięcej. Pchały się, napierały na siebie, zbijały sobie wzajemnie naczynia na mleko. Rozgorzała szarpanina, bicie, kobiety wrzucały jedna drugą do beczki. Tej całej komedii przyglądał się książę z innymi obywatelami miasta z radością. W końcu, gdy kobiety były już umęczone „pracą” wezwał je do siebie. Z obitymi ustami, nosami, poranionymi głowami stanęły przed nim, a on wypłacił każdej z nich tyle, ile był winien za mleko. One same w końcu śmiały się głośno ze swojej głupoty. Nierzadko zniewaga i krwawa surowość mieszkały blisko siebie. Gdy czasy były tęgie śmiano się i ludzie byli weseli. Gdy było ciężko, strasznie, płacono za swoje błędy. Opowiada się, że w wieży głodowej na zamku w Bolkowie zamurowano pewną księżniczkę, która obcowała z psem i miała być z nim w ciąży. Przed laty znaleziono ich kości i jeszcze dziś pokazuje się widoczną framugę w murze. Podobnie żywot swój w legnickiej wieży musiał zakończyć pewien paź, który opiekując się pewnym więźniem, wydrążał przygotowany dla niego chleb i wypełniał go obrzydliwymi śmieciami, odpadkami, aż biedak zmarł z obrzydzenia. Jeszcze wciąż ukazuje się duch tego pazia. W 1510 roku na terenie Świdnicy pewna szlachcianka urodziła 9 chłopców, których nazwano „psami” Kobieta ta, z braku litości i skąpstwa odmówiła jedzenia i wszelkiej pomocy wieśniaczce, gdy ta urodziła dwójkę dzieci i prosiła o zlitowanie. Postąpiła jak suka. Bóg odpłacił jej i pod nieobecność męża owa szlachcianka urodziła 9 chłopców. Kobieta strasznie się przestraszyła i rozkazała jędzy, starej kobiecie, włożyć 8 do koszyka i utopić. Gdy stara kobieta wychodziła pojawił się mąż i spytał, co niesie. Ona mu odpowiedziała „młode psy”. Wtedy pan ostro na nią się rzucił a ta wszystko mu opowiedziała. Potem zamilkł, wziął synów, kazał jędzy w tajemnicy zanieść do wsi, aby ich wychować. Gdy synowie dorośli, wezwał ich i krąg przyjaciół żony, kazał ubrać synów w jednym kolorze, i zapytał, cóż warta jest matka, która zabija swoich synów. Wtedy też kazał wejść synom, oskarżył i skazał matkę. Jej przyjaciele i ona sama błagała o litość, okazano jej łaskę. Chłopców wychowano no i dano im tę nazwę „psy” po tej całej historii.
  11. Sag Śląskich część dalsza. Will Erich Peuckert - Schlesische Sagen cz.4 Die Tatern - Tatarzy W krajach Dalekiego Wschodu około roku 1240 mieszkał tatarski władca Batu Khan. Jego małżonka słyszała wiele o zwyczajach i obyczajach panujących w krajach chrześcijańskich, o tym, że wszystko tam było takie miłe, sympatyczne, cne i uczciwe. W jej sercu rozpaliło się pragnienie, aby na własne oczy zobaczyć te chwalebne, godne polecenia zwyczaje chrześcijan, ich miasta i rycerzy. Poprosiła męża, aby pozwolił jej wyruszyć w podróż w tamte strony i w końcu uzyskała jego przyzwolenie. Małżonek zorganizował jej olbrzymi orszak złożony z książąt i szlachetnie urodzonych, dał jej pieniądze, srebro, kamienie szlachetne w ogromnych ilościach, oraz bardzo dużo glejtów, żelaznych listów. W końcu przybyła do Neumarkt (Środa Śląska). Gdy tamtejsi mieszkańcy zobaczyli, jakie to bogactwa przywiozła ze sobą cesarzowa, rozpoczęli radzić miedzy sobą, że to przecież niestosowne, aby pogańska kobieta opływała w takie skarby. Postanowili napaść na orszak zabić wszystkich i rozdzielić między siebie skarby. Jak pomyśleli tak zrobili, dokonali tego niecnego czynu, zamordowali cesarzową i jej świtę, i rozdzielili miedzy siebie zdobyte łupy. Dwie panny ze świty cesarzowej, które schowały się w piwnicy, uszły z życiem. W tajemnicy, gdy zdołały się uratować po wielu trudnościach szczęśliwie powróciły do swego kraju. Tam w płaczu i lamencie opowiedziały władcy o tym, co się wydarzyło. Ten popadł w wielki gniew i złość i przysiągł na wszystko, co miał, że nie spocznie, dopóki nie pomści żony i jej świty na wszystkich chrześcijanach i nie zniszczy do cna ich terenów. Przez trzy lata zbierał gotowych stanąć do boju mężczyzn a nazbierało się ich 500 tysięcy. Wojsko to uderzyło na Liegnitz (Legnica) i poszło dalej do Neumarkt (Środa Śląska). Gdy mieszkańcy Neumarkt (Środa Śląska) usłyszeli o tym, zaczęli się naradzać, co by tu zrobić. Zwołali swoje żony i córki i nakazali mówiąc: „Słyszeliście o okrutnych Tatarach, którzy wszystko pustoszą, mordują i palą, którzy gwałcą kobiety. Nie możemy przeciwstawić się ich potędze, więc musimy użyć podstępu. Schowamy się w piwnicach z pancerzami i zbroją, a gdy wrogowie przyjdą, wyjdziecie im naprzeciw, przyjmiecie z chęcią i radością i powiecie, że uciekliśmy ze strachu przed mini. Dbajcie o nich, usługujcie im, dawajcie im pyszne jedzenie i trunki, a gdy zobaczycie, że piją i odkładają na bok swoją broń, aby udać się na spoczynek, dajcie nam znak dzwonem z ratusza, wtedy wyjdziemy z ukrycia i napadniemy na nich”. Kobiety poszły wiernie za ich radą i planem, i gdy rozbrzmiał dzwon, ich bracia i mężowie wymordowali Tatarów, a po niewiernych pozostał mały strumień krwi. Co tyczy się samej walki z Tatrami, już sama Jadwiga zachęcała przecież swojego syna Henryka II do walki, choć przewidywała klęskę jego i jego armii. Gdy wyszedł z kościoła Św. Marii nie czekając na koniec mszy, dachówka z wieży o mało co nie rozłupała mu czaszki. Niektórzy radzili mu, aby zaniechał zamiaru, on jednak nie dał się przekonać i wyruszył odważnie. W szeregach jego wojska byli Górnoślązacy, zakon rycerski i giermkowie z Goldbergu (Złotoryja). Kiedy Polacy po zdradzieckim okrzyku wojennym zawahali się, książę wraz z mistrzem niemieckiego zakonu postanowił na nowo podjąć walkę. Kiedy napierali na ostatni oddział Tatarów nagle chorąży oddziału pomachał chorągwią, pośrodku której znajdował się znak X. (Według Schickfus’a grecka litera …) Na czubku tej chorągwi znajdowała się okrutna czarna ludzka głowa z widoczną brodą, z której bił odurzający smród, a atakujący chrześcijanie zostali uwięzieni w gęstej trującej mgle, nie mogli zobaczyć wroga i padali na ziemię pozbawieni sił. Tatarzy zaczęli do siebie krzyczeć, odwrócili się i na nowo uderzyli, rozgramiali szyki nieprzyjaciela i nastąpiła straszliwa kąpiel we krwi. Jeden z Tatarów pędził z włócznią w kierunku pobożnego księcia i przebił mu nią ciało, a później odciął głowę. Odciętą głowę nabił na włócznię i tak pojechał pod Liegnitz (Legnica). Gdy mieszkańcy nie chcieli się poddać, wyrzucili ją do jeziora Koischwitz (Koskowice), a potem odjechali. Księżna Anna szukała zwłok męża. Znalazła je w końcu, rozpoznając po sześciu palcach u lewej nogi. Aby móc mówić o diabelskich sztuczkach, powiadają niektórzy jakoby na drzewcach niesiono ohydne głowy, w których były potężne węże, które ziały ze swoich paszcz ogniem nie do ugaszenia i trucizną. W legnickich wioskach mówi się jeszcze dzisiaj o tym jakoby była to maszyna, wyglądająca z przodu, jak ludzka głowa, którą Tatarzy w czasie walki wystawiali na przód. O tym, że Tatarzy znali czarodziejskie rzemiosło, wynika z tego, że przed bitwą składali jako ofiarę pojmane wcześniej chrześcijańskie dzieci. Po bitwie obcinali wszystkim poległym chrześcijańskim wrogom prawe ucho i dziewięć worków napełnionych uszami przesłali swojemu władcy Batu Khan`owi, aby w ten sposób zaświadczyć o wielkiej porażce chrześcijan. Dlatego też każdego roku dziewiątego kwietnia w Wahlstatt (Legnickie Pole) odbywa się Święto Uszu. Ziemia tej miejscowości stała się owocna i bogata dzięki przelanej krwi. Również Heidersdorf koło Zobten (Łagiewniki koło Sobótki) musiały zapłacić kontrybucję. Ludzie zostali zebrani na pewnej łące przy Geiersberg (Radunia). Następnego dnia można było tam nazbierać trzy, cztery worki obciętych nosów i uszu. Na całym Śląsku można znaleźć legendy o Tatarach. Niejedno pole bitewne związane jest z ich imieniem. Gdy Tatarzy byli już na murach miasta Habelschwerdt (Bystrzyca Kłodzka) mieszkańcy podkopali wieżę kościelną, która zawaliła się na wroga. Kynast (Chojnik) był wtedy łysy i nieporośnięty drzewami i dlatego chcieli go zdobyć. Oblegani jednak zrzucali na nich duże kamienne i żelazne walce i belki, które strącały ich ze zbocza i wielu straciło życie. Kiedyś o wiele większy Staw Kobiet, (Frauenteich) który leży u stóp góry przyjął wiele trupów ich koni i jeszcze do dzisiejszego dnia można znaleźć w nim wiele tatarskich podków. Jesienią nie jest tam bezpiecznie, w górę Kynast (Chojnik) wznoszą się dźwięki stąpania rumaków, rżenia koni i niesamowity wrzask. Jeszcze większym podstępem chłopi z Radlin (Radlin) uratowali zamek Grodziskoburg (obecnie wzniesienie „Grodzisko” w granicach miasta Wodzisław Śl.) koło Loslau (Wodzisław Śląski), oblegany przez najeźdźców na ogierach. Wszyscy chłopi stawili się w tym samym czasie ze swoimi klaczami po stronie zamku otoczonej bagnem, a zapach klaczy dotarł do nozdrzy ogierów, na których siedzieli wrogowie. Gdy ogiery wyczuły zapach, ruszyły niepohamowanie ze swoimi jeźdźcami w kierunku stawów, aby dotrzeć do klaczy i wszyscy potonęli w bagnie. Reszta wroga odeszła. Chłopi z Radlin (Radlin) otrzymali za to tytuł szlachecki i prawo noszenia czerwonych kamizelek. Najwięcej legend o Tatarach związanych jest z Goldberg (Złotoryja). Co piąty młody górnik był brany do armii, w wyniku czego 500 z nich brało czynny udział w walce. Pod wielkim kamieniem przed Kopatsch (Kopacz) ukrywali swoje narzędzia. Książę kazał sztolnie zakryć płytami, aby ukryć je przed Tatarami. Z czasem, gdy wszystko zostało zniszczone i spalone, pozostały zakryte i zaginęły. Bardzo wielu górników z Goldenberg (Złotoryja) zostało pojmanych i wyprowadzonych w głąb Azji. Mieli oni odkryć kopalnie na Syberii i nazywa się ich twórcami tamtejszego górnictwa. W 1253 roku szukał ich mnich Ruisbroek (franciszkanin z Flandrii wysłany z misją ewangelizacyjną do Mongolii przez Ludwika IX Świętego) na wschód od Morza Kaspijskiego, jednak nie znalazł, gdyż prowadzono ich jeszcze trzydzieści dni podróży dalej na wschód. Ostatni z rozproszonych w bitwie górników zebrali się koło Bolkenhain (Bolków) i bili się pod Schädelhöhe na łące z prześladująca ich tatarską zgrają. Przedtem jeszcze Tatarzy zdobyli zamek w Goldberg (Złotoryja). Dzielna załoga składała się z siedmiu ludzi, została pokonana i skazana na śmierć głodową w tajemnej komnacie wieży miejskiego kościoła. Gdy dwa wieki później nadeszli Husyci, mieszkańcy chcieli jak wcześniej schronić się w kościele. Podczas analizy i oględzin możliwości obronnych tego kościoła odkryto zamurowaną piwnicę a w niej rycerzy pogrążonych w śnie. Gdy się obudzili, odkryli swój cudowny los, podziękowali Bogu i umarli. Miejsce, o którym tu mowa nazywa się dziś Izbą Siedmiu Śpiących („die Kammer der Siebenschläfer”).
  12. Alchemiku całkowicie się z Tobą zgadzam, ale cóż skoro to wiara pełna cierpień? Choć przyznam, że ten motyw z winem mi się podoba, aczkolwiek w innych okolicznościach Lepiej przygotuję porcję legend na jutro. Pozdrawiam serdecznie.
  13. Will-Erich Peuckert (1895-1969) należał do niezwykłych postaci przyciąganych przez Góry Izerskie i Karkonosze. "[...] większego Ślązaka niż on nie spotkałem w całym swoim życiu" – tak rozpoczynał charakterystykę W.-E. Peuckerta z okazji sześćdziesiątej rocznicy jego urodzin Gerhart Pohl, wieloletni sekretarz Gerharta Hauptmanna. Pohl dalej pisał: "Ten »kawał śląskiego huncwota«, Will-Erich Peuckert, urodzony w małej wiosce Garnczary [dziś część wsi Olszanica – przyp. P.W.], leżącej przy północno-zachodniej granicy powiatu złotoryjskiego na Śląsku, już jako dziecko i uczeń miał oczy i uszy szeroko otwarte – i tak jak kiedyś Martin Luter, »zaglądał ludowi w gębę«. I to się opłaciło. Albowiem na przedgórzu śląskich gór, pośród chłopskich osad Muszyny, Radziechowic, Okmian, Radziechowa, Olszanicy, Zagrodna i Jurkowa, niedaleko od charakterystycznych dla okolicy samotnych górskich stożków Grodźca i Ostrzycy [Proboszowickiej – przyp. red.]; w rejonie, w którym marzyciele i sekciarze wyrastali jak grzyby po deszczu i nie dawali się wytępić. Wśród nich prym wiedli dociekliwi i okrutnie prześladowani zwolennicy Schenckfelda [Daniel Caspar Schwenckfeld (1490-1561), śląski zwolennik reformacji, teolog i mistyk – przyp. P.W.], tam właśnie dorastał Will-Erich Peuckert, mający swoich chłopskich przodków. [Hoffbauer, s.133] Po ukończeniu seminarium pedagogicznego w Bolesławcu w 1914 r. Peuckert został zmobilizowany do służby meteorologicznej w Luftwaffe. Ranny podczas działań I wojny światowej, przybył na rekonwalescencję do uzdrowiska w Świeradowie. Oczarowany Górami Izerskimi w latach 1916-1922 był młodszym nauczycielem w szkole podstawowej we wsi Wielka Izera (całkowicie zniszczonej przez Wojsko Polskie na początku lat pięćdziesiątych XX w.). Ta górska osada była wyjątkowym miejscem, położona nad graniczną rzeką Izerą, z tradycją sięgającą początków XVII w. Lokacja Wielkiej Izery związana była z falą osadniczą, która napłynęła w Sudety Zachodnie podczas wojny 30-letniej. W tym okresie powstało wiele wsi i przysiółków lokowanych w górzystych, trudno dostępnych miejscach, których założycielami zazwyczaj byli uchodźcy religijni. Wieś znajdowała się w miejscu oddalonym od większych skupisk ludności, na Izerskiej Łące (840-880 m n.p.m.), w okolicy pełnej bogactw mineralnych. Panuje tu wyjątkowo surowy klimat, który nie sprzyjał podejmowaniu upraw rolnych. Powstanie samej osady mogło być powiązane z działalnością walońskich poszukiwaczy skarbów, minerałów i kamieni szlachetnych, którzy często odwiedzali te odludne strony. Być może związek z założeniem wsi mogli mieć również żołnierze – włoscy górnicy z armii Wallensteina. W początkach XX w. mieszkańcy tej osady zwykle zatrudniani byli przy robotach leśnych, a także zajmowali się przemytem. W tym niezwykłym miejscu W.-E. Peuckert zainteresował się dziełami mistycznych myślicieli renesansowej Europy z kręgu Jacoba Böhme, Christiana Rosenkreuza, Mikołaja Kopernika, Angelusa Silesiusa, różokrzyżowcami, astrologią, alchemią, wiedzą hermetyczną, kultami tajemnymi, magią, zielarzami-laborantami, a także podaniami o dawnych walońskich poszukiwaczach skarbów i karkonoskim Duchu Gór. W Górach Izerskich W.-E. Peuckert odnalazł znaki walońskie, z których pierwsze zlokalizował w formacji skalnej Stary Zamek na obrzeżach Kobielowej Łąki. Kierując się zapiskami z ksiąg walońskich po dwuletnich poszukiwaniach w 1921 r. w Izerze i korytach okolicznych potoków znalazł niewielkie ilości złota. [Peuckert II, s. 234] Swoje poszukiwania opisał w wielu artykułach, a także w noweli "Berggold" ("Złoto gór"): Potoki Gór Izerskich zawierają prawdziwe złoto. Niezbyt dużo, co oznacza, że po tygodniowych poszukiwaniach, uzyskałem zbiór równoważny wartości około 2-3 marek, ale wzbogacenie się nie było moim celem. Chodziło o to, aby dokładnie sprawdzić wszelkie stare zapiski [...]. W.-E. Peuckert był zaprzyjaźniony z braćmi Carlem i Gerhartem Hauptmann, wybitnymi śląskimi literatami, których zafascynował informacjami z zakresu wiedzy hermetycznej oraz przeszłości Gór Izerskich i Karkonoszy. Miejscem ich spotkań była między innymi znana izerska gospoda rodziny Schneider w osadzie Karlstal (dziś Orle), w której Gerhart Hauptmann umieścił akcję baśniowego dramatu "Und Pippa tanz...". Po śmierci Carla Hauptmanna W.-E. Peuckert wraz z W. Sombartem i R. Breysigiem w 1923 r. zredagował i przygotował do druku zbiór jego wierszy. Dnia 23 czerwca 1925 r. na cmentarzu ewangelickim w Szklarskiej Porębie Dolnej nastąpiło uroczyste odsłonięcie wyjątkowego w kształcie, ceramicznego pomnika nagrobnego Carla Hauptmanna autorstwa Hansa i Marlene Poelzig. Na tej niecodziennej uroczystości, która zgromadziła przyjaciół i znajomych zmarłego, a także setki mieszkańców Gór Izerskich i Karkonoszy, obok Friedricha Castelle przemawiał też W.-E. Peuckert. W 1927 r. W.-E.Peuckert wydał monografię "Die Rosenkreuzer" ("Różokrzyżowcy") poświęconą rycerskiemu Zakonowi Trupiej Czaszki. Był to zakon kontemplacyjny ufundowany w 1652 r. przez ks. Sylviusa Nimrod – pierwszego władcę Oleśnicy z dynastii wirtembersko-oleśnickiej. Książę Nimrod powołał na swój zamek jako nadwornego lekarza w 1649 r. śląskiego mistyka Johannesa Schefflera, zwanego jako Angelus Silesius. Nimrod był pod wpływem mistyków i śląskich różokrzyżowców, którzy mieli swój główny ośrodek w Ludwigsdorf (obecnie Bystre opodal Oleśnicy), będące majątkiem ich przywódcy Abrahama von Franckenberga. Rycerze i damy zakonu poświęcać się mieli religijnej kontemplacji w myśl średniowiecznej maksymy memento mori. Urzeczony Śląskiem w wydanej w 1928 r. "Schlesische Volkskunde" ("Etnografia Śląska") W.-E. Peuckert pisał: Mam opowiedzieć o Ślązakach i o śląskim ludzie, a sam przecież jestem Ślązakiem. Urodzonym w tym kraju, z nim związanym, zrośniętym z jego społecznością. Być może z tego powodu moje opowiadanie będzie fałszywe; nie będę potrafił widzieć tam, gdzie widzenie jest potrzebne, być może jednak w niektórych punktach będę umiał dostrzec więcej niż ktoś obcy... Nie wiem czy istnieje ktoś taki jak "Ślązak". Kiedy spoglądam wstecz i przypominam sobie ludzi, których w tym kraju spotkałem – nie potrafię w ogóle sprowadzić ich do wspólnego mianownika. W okolicach Grodźca, skąd pochodziła moja babcia, mieszkają ludzie o łagodnym i pogodnym usposobieniu: nie mówią niczego niepotrzebnie; ich święta i uroczystości przebiegają spokojnie. Nigdy też nie zatracają się całkowicie w bólu i smutku. Natomiast w moich ojczystych Okmianach, które leżą w połowie drogi między Bolesławcem a Chojnowem, ludzie są mrukliwymi mułami roboczymi, które nikogo nie skrzywdzą, ale też nikomu niczego dobrego nie życzą. Ci z okolic Lubina często okazują hałaśliwą wesołość, obywa się jednak jeszcze bez nadmiernej gwałtowności. Ta z kolei cechuje na przykład rozrywki młodego społeczeństwa zamieszkującego wrocławskie przedmieścia, takie jak Brigittental lub Szczepin, gdzie przeradza się ona nawet w brutalność. Podobnie jest też na Górnym Śląsku: ujawnia się tam agresywność, która sprawia, że ludzie są jednocześnie zmienni i rozdwojeni, dobroduszni i grubiańscy, weseli i podli. Być może ta dwoistość jest w ogóle charakterystyczną cechą Ślązaka, ewangeliccy Ślązacy zarzucają to katolickim, a ci z kolei to samo ewangelickim... "Jestem jakby podwójny, możesz mi wierzyć" – przyznaje Gerhart Hauptmann, trafiając tym samym w sedno istoty i losu śląskiego człowieka. – "Każdy Ślązak jest podwójny..." [Hoffbauer, s.127-129] Postać W.-E. Peuckerta tak charakteryzował Gerhart Pohl: Na zewnątrz kawał belfra (powiedziałbym to o nim nawet bez bliższej znajomości), lecz o wiele mądrzejszy od większości z nich – kawał śląskiego huncwota silnie zakorzenionego w ojczystej ziemi, otoczonego zapachem legend, bajek i powiastek. Patrząc na niego można było doprawdy uwierzyć w pojawienie się nowego, przebiegłego wcielenia karkonoskiego Ducha Gór. A potem z pewnością przyszedłby mi do głowy Carl Hauptmann, który też takim był – z głębokim spojrzeniem dla Unio mystica, tylko poważniejszy i smutniejszy niż trzydziestoletni wówczas Will-Erich Peuckert. [Hoffbauer, s. 133] Ten "kawał śląskiego huncwota" w 1928 r. obronił na Uniwersytecie Wrocławskim dysertacją doktorską zatytułowaną "Die Entwicklung Abrahams von Franckenberg bis zum Jahre 1641" ("Rozwój idei Abrahama von Franckenberg do roku 1641"), będącą szczegółową analizą zagadnień mistyki śląskiej. Abraham von Franckenberg był zwolennikiem myśli Jakuba Böhme, najwybitniejszego śląskiego mistyka doby renesansu, a także biografem oraz wydawcą jego pism. Jeszcze w 1929 r. W.-E. Peuckert wydał obszerne studium zatytułowane "Walen und Wenediger" ("Walonowie i Wenecjanie") poświęcone walońskim poszukiwaczom skarbów, minerałów i kamieni szlachetnych, postaci Antoniego de Medici i wrocławskiej księdze walońskiej z 1456 r., rozwinięte i uzupełnione w kolejnym wydaniu z 1938 r. Analiza tekstu wrocławskiej księgi walońskiej pozwoliła na odtworzenie niektórych ze średniowiecznych tajemnic Gór Izerskich i Karkonoszy. Szczególnie interesujące są przypomniane przez W.-E. Peuckerta fragmenty dotyczące okolic Szklarskiej Poręby: "Tak więc zapytaj w Jeleniej Górze o wieś, która się nazywa Piechowice, potem będzie Kopaniec. Idź dalej Drogą Górną, następnie w kierunku na Czarną Górę, dalej poprzez hutę szkła, tak dojdziesz do Białej Wody lub Białego Potoku, tutaj znajdziesz złota do wypłukania i ametystów ile tylko zapragniesz." Opis ten znajduje potwierdzenie w topografii terenu i prowadzi przez tereny związane z występowaniem minerałów i hutnictwem szkła. W piechowickiej Cichej Dolinie znajdowała się najstarsza znana w Karkonoszach huta szkła, a okolice wsi poddane były eksploracji bogactw mineralnych. Kopaniec był do końca XVIII w. jednym z ważniejszych miejsc związanych z wydobyciem złota i kamieni szlachetnych w Górach Izerskich [Różański, s. 7, Waniek, s. 13-15]. Następnie droga prowadziła na Czarną Górę, przez którą można dojść do wzniesienia o nazwie Hutnicza Górka znajdującego się ponad stacją kolejową w Szklarskiej Porębie Górnej. Można tutaj było znaleźć resztki szkła pochodzące z huty datowanej na około 1450 r. [Rohkam, s. 20]. Tak przebiegała jedna z dawnych dróg łącząca Piechowice ze Szklarską Porębą będąca zaznaczona jeszcze około 1750 r. na pruskiej mapie sztabu generalnego. [Tichy, s. 73]. Na południowym stoku Hutniczej Górki płynie potok Bieleń, zwany też Białym Potokiem, często wzmiankowany jako jedno z miejsc Gór Izerskich, które obfituje w złoto i ametysty. Następnie droga prowadziła przez Białą Dolinę, koło Czerwonych Skałek do grupy skalnej zwanej dziś Spławna nad rzeką Kamienną: "Jeśli już tutaj na to miejsce przybędziesz, idź dużą drogą, następnie idź małą drogą, która prowadzi do Czarnej Góry. Tak dojdziesz do Białego Potoku. Jeśli pójdziesz trochę dalej, znajdziesz górę, którą przejdź, tutaj będziesz widział kamienny krzyż [...] zostaw to po prawej ręce na odległość strzału z kuszy, a dojdziesz do łąki i znajdziesz dla siebie dużo bogactw... Tak dojdziesz do jednego dużego kamienia, gdzie jest wykutych dużo form i znaków: mężczyzna, ręka." [ W.-E. Peuckert II,s. 230]. Podczas prac przy budowie linii kolejowej Piechowice – Szklarska Poręba – Tannwald prowadzonych na początku XX w. wysadzono fragment grupy skalnej Spławna. Na jednym z granitowych odprysków zachował się znak waloński przedstawiający pięciopalczastą dłoń, który przekazany został do Museum R.G.V. (Muzeum Towarzystwa Karkonoskiego) w Jeleniej Górze. [Peuckert I, s. 273]. W dolinie Kamiennej, na Przełęczy Szklarskiej oddzielającej Karkonosze od Gór Izerskich, w pobliżu wyrobiska torfowego zwanego Bagniskiem, rzeka gwałtownie zmienia bieg z północy ku zachodowi. Tutaj, w pobliżu Walońskiego Kamienia, znajduje się skalne rumowisko wymieniane w wielu zapiskach walońskich pod nazwą "widelec", przez którego szczeliny przebija się Kamienna. W.-E. Peuckert przypomniał tekst Antonio de Medici, który tak opisywał to miejsce: "[...] tu znajdziesz widelec, którego zakończenie wskazuje na północ, dokonaj od widelca jeszcze dziewięć kroków, a natrafisz na strumyk [Ciekonek ? - przyp. P.W.], który płynie skryty pod mchem; połóż się na boku, to usłyszysz szum wody, podnieś warstwę mchu, a znajdziesz złoto wielkości monet, a także i mniejsze." [Peuckert II, s. 230] W latach 1929-1932 W.-E. Peuckert został zatrudniony jako docent-wykładowca w Wyższej Szkole Pedagogicznej we Wrocławiu. Już w 1931 r. wydał kolejną pracę zatytułowaną "Volkskunde des Proletariats" ("Etnologia proletariatu"), która następnie została zakazana w hitlerowskiej III Rzeszy. W 1932 r. został uroczyście habilitowany na Uniwersytecie Wrocławskim, którego został jednym z najmłodszych profesorów. W.-E. Peuckert został uznawany za jednego z najwybitniejszych badaczy europejskich tradycji ludoznawczych, a szczególnie podań i baśni. Niechętny nazistom, dnia 13 mają 1935 r. z powodu "politycznej niepewności", W.-E. Peuckert został usunięty z Uniwersytetu Wrocławskiego. Wtedy też osiedlił się w niewielkiej, zagubionej wśród lasów i pagórków osadzie Leszczyna leżącej w jego rodzinnym powiecie złotoryjskim. Na drzwiach swojej wiejskiej chaty W.-E. Peuckert umieścił myśl Paracelsusa, znanego w Europie lekarza i filozofa doby renesansu: Człowiek nie powinien należeć do nikogo, jeżeli może sam stanowić o sobie. Cytat ten odzwierciedla krytyczny stosunek W.-E. Peuckerta do otaczającej go ówcześnie totalitarnej rzeczywistości. W tym czasie pisał: Przez całe moje życie lubiłem się śmiać. Wydawało mi się bowiem, że wtedy wszystko idzie jakby o wiele łatwiej. Czasami jednak zdarzały się takie dni, kiedy wcale nie było mi do śmiechu. A gdy już chciałem się śmiać, wtedy inni uważali to za błazeństwo. [Hoffbauer, s. 147] W Leszczynie W.-E. Peuckert poświęcił się pracy naukowej i literackiej W 1936 r. napisał dzieło "Pansophie", które poświęcił naukom tajemnym. Ta wyjątkowa praca, była rozwinięciem wcześniejszego studium "Von schwarzer und weißer Magie" ("O czarnej i białej magii"). W kolejnych latach powstały monografie braci Grimm (1936), Angelusa Silesiusa (1939), Paracelsusa (1941), Mikołaja Kopernika (1943) i Sebastiana Francke (1944). W licznych artykułach i publikacjach interesowały go przede wszystkim zwyczaje i obrzędy ludowe, rytuały czarnoksięskie, sabaty czarownic oraz kulty i wiedza tajemna. W tych latach wewnętrznej wolności autora powstają też powieści i liczne nowele, których akcja częstokroć rozgrywa się na Śląsku. W 1940 r. W.-E. Peuckert wydał (wznowiona w 1950 r.) najbardziej chyba popularną z książek "Schwarzer Adler unterem Silbermond – Biographie Schlesiens" ("Czarny orzeł pod srebrnym księżycem – Biografia Śląska"). Dokonał w niej malowniczego, literackiego opisu Śląska, pełnego odniesień do przeszłości, anegdot i opowieści. W 1942 r. Ministerstwo Kultury Rzeszy wydało dotkliwy zakaz recenzowania książek W.-E.Peuckerta. W 1945 r. dla W.-E. Peuckerta dobiegły końca śląskie lata życia. O tych wydarzeniach pisał: Nie chcę już nic więcej opowiadać o tych miesiącach, o tych latach. Coraz trudniej było się śmiać, a już szczególnie wtedy, gdy zimą 12 lutego 1945 r. musieliśmy uciekać przed Rosjanami wkraczającymi do Złotoryi i Wilkowa i przed bitwą, która miała się stoczyć o pierwsze szczyty naszego przedgórza. Miejscowość Trupień, położona w lesie na południe od Leszczyny, była szturmowana siedmiokrotnie; część starszych ludzi spłonęła w stodołach, inni zginęli przed górami, a my, moja żona i ja, przebiliśmy się wtedy do lasu, każde z jednym plecakiem, a w plecakach tkwił cały nasz dobytek: chleb, reszta pieczeni świątecznej i nędzny tłumoczek bielizny; za nami zostało wszystko: dom, gospodarstwo, meble i piętnaście tysięcy książek i manuskryptów. [Hoffbauer, s. 144-145] Wiejski dom W.-E. Peuckerta zachował się do dziś (Leszczyna nr 26). Niestety nowy gospodarz najpierw przeniósł bibliotekę i archiwum na strych, a następnie w 1952 r. wywiózł je do pobliskiego lasu w obawie przed pożarem, który mogły zaprószyć dzieci. Po powojennej W.-E. Peuckert tułaczce osiadł na uniwersytecie w Göttingen, kierując w latach 1946-1959 katedrą etnologii i historii duchowości. W 1948 r. założył czasopismo "Die Nachbarn" ("Sąsiedzi"), w którym zajmował się szeroko pojętą tematyką poznania etnologii i zbliżenia narodów europejskich. Zabawny ślad jego zainteresowań przypomniał H. Waniek przytaczając informację podaną w książce K. Baschewitza "Czarownice. Dzieje procesów o czary", w której znajdujemy następujący opis: [...] niedawno podjęto doświadczenia z maścią podaną przez Portę [G.B. Porta: "Magiae naturalis", Antwerpia 1560 - H.W.], przy czym pominięto, rzecz prosta, obrzydliwe i nieskuteczne składniki. Will-Erich Peuckert, profesor etnologii w Getyndze, natarł się maścią, po czym doznał wrażenia, że unosi się w powietrze, i że ktoś przemawia do niego z wysokości. Był to przepis na tzw. maść czarownic, który pochodził jeszcze ze średniowiecza. Zgodnie z przekazami kobiety smarowały nią kij albo twarz i ciało, a potem unosiły się w powietrze. W maści znajdował się wyciąg z lulka czarnego, bielunia dziędzierzawy, tojadu, pokrzyku wilczej jagody i maku lekarskiego. Naukowiec opisał swoje wrażenia w następujący sposób: Najpierw przed moim obliczem tańczyły straszliwie wykrzywione ludzkie twarze. Potem nagle doznałem uczucia, jakbym bardzo daleko leciał w powietrzu. W końcowej fazie zobaczyłem wreszcie obraz orgiastycznego święta z groteskowymi zmysłowymi ekscesami. W ramach badań etnologicznych W.-E. Peuckert zbierał śląskie baśnie i legendy, wielokrotnie wydając je drukiem. Już w 1924 r. wydał "Schlesiesche Sagen" ("Legendy Śląskie"), które zawierały także podania łużyckie. Kolejno w 1926 r. powstały "Die Sagen vom Berggeist Rübezahl" ("Legendy o karkonoskim Duchu Gór") ilustrowane drzeworytami C. Lindnera z 1736 r. Egzemplarz tej cennej książki z odręczną dedykacją autora dla Monony Hauptmann, córki jego serdecznego przyjaciela Carla Hauptmanna, znajduje się w bibliotece Muzeum Karkonoskiego w Jeleniej Górze. W 1932 r. ukazał się zbiór około 300 bajek pod tytułem "Schlesiens deutsche Märchen" ("Niemieckie bajki Śląska"). Interesował się również podaniami irlandzkimi ("Irische Elfenmärchen", 1948) i saksońskimi ("Niedersächsische Sagen", Göttingen 1964). Ostatnie lata życia W.-E. Peuckert spędził w osamotnieniu zamieszkując w wiejskiej chacie w Mühltal koło Darmstadt. Zmarł 25 października 1969 r. w Langen koło Offenbach. Dziś postać W.-E. Peuckerta po latach powróciła w Góry Izerskie i Karkonosze za sprawą Gildii Przewodników Sudeckich, która obrała sobie tego niezwykłego doprawdy człowieka za patrona. Za zgodą Przemka Wiatera - autora tekstu
  14. Sag Śląskich część dalsza. Will Erich Peuckert - Schlesische Sagen cz.3 Der neue Glaube – Nowa wiara Wiara chrześcijańska według legendy zawitała na Śląsk dzięki polskiemu królowi Mieszkowi I. W trzecią niedzielę przed Wielkanocą Śląsk przeszedł na nową wiarę, wynoszono wtedy wizerunki obalonych bożków na bagna topiąc je w nich. Na pamiątkę śląskie dzieci przed rozpoczęciem lata szły w pochodzie z piosenkami. Niosły „Śmierć” do stawu lub kałuży wołając: „A Tuta hoan mer ausgetrieba, a lieba Sommer Breng mer wieder.” Die heilige Hedwig – Święta Jadwiga Wśród bogobojnych niewiast w dawnych czasach, najbardziej pobożną była żona legnickiego Piasta, Święta Jadwiga, która odprawiała pokutę i modliła się dniami i nocami. Gdy urodziła księciu Henrykowi I trzech synów i trzy córki, poprosiła go, aby zwolnił ją od małżeńskiego pożycia, aby mogła służyć Bogu w niewinności i czystości. Mąż przyrzekł jej to przed biskupem i nie tknął jej przez 30 lat aż do swojej śmierci. Na znak pokuty nie obcinał od tego czasu ani włosów ani brody. Jadwiga odtąd rozmawiała z mężem zawsze w obecności innych osób i tylko wtedy, gdy prosiła go o pomoc dla biednych i nieszczęśliwych. Modliła się tak pilnie, gorliwie i często, że jej kolana od tego wiecznego klęczenia były twarde i guzowate. Gdy tak gorąco modliła się, zdarzało się, że otaczała ją gloria, chwała niebiańskich promieni bożego światła, które okrutnie przeraziły jej sługę Bogusława von Savonn, gdy ten niespodzianie wszedł do jej komnaty i to zobaczył. Prowadziła bardzo surowe życie i odcięła się od wszelkich rozkoszy życia. Jadła suchy chleb i piła jedynie wodę. Książę był często rozgniewany tą wstrzemięźliwością i kiedyś, gdy pewien dworzanin skarżył się na nią, że pije ciągle tylko wodę, książę zaskoczył ją nagle, gdy jadła i wyrwał jej kubek od ust. Gdy zajrzał do niego, było w nim wino, gdyż Bóg dla jej ochrony przemienił w nie wodę. Podobnie działo się latem i zimą i to w największą zimnicę, gdy chodziła boso bez butów, a spod stóp sączyła się krew, o czym nie wiedział jej mąż, który zapewne rozgniewałby się z tego powodu. Usłyszał o tym jednak od służącego i chciał to zobaczyć na własne oczy i przekonać się. Pewnego razu postanowił wyjść jej naprzeciw i zobaczył, dzięki cudowi, że ma buty. Jadwiga przesiadywała często w sądzie i prosiła o uwolnienie od kary skazanych i skruszonych. Gdy pewien człowiek został niesprawiedliwie powieszony i wisiał już od wschodu słońca do południa swoją modlitwą sprawiła, że wrócił do życia. Pewnego razu klęczała przed obrazem ukrzyżowanego Jezusa, a on uwolnił swoją prawą rękę i pobłogosławił nią ją. Innym razem siedziała przy ogniu ze swoim modlitewnikiem, z którego modliła się. Ze zmęczenia zasnęła i książeczka wpadła w płomienie. Gdy obudziła się znalazła ją w ogniu nienaruszoną. Często miewała dar jasnowidzenia. Przepowiedziała swojemu synowi Konradowi nagłą śmierć i widziała również we śnie duszę syna Księcia Henryka Pobożnego idącą do nieba. W wieży legnickiego zamku była ponoć komnata, położona głęboko pod ziemią, do której nie mógł wejść nikt poza Jadwigą. Tu miała spotykać się z aniołami. W Buchwald (Bukowiec, Bukówka, Bukowie?) w pustelni jest studnia, nazwana studnią Jadwigi, na której dnie przy jasnych promieniach słońca widać błysk jej złotego pierścienia (obrączki), ale nikt nie może go stamtąd wydostać. Związane jest z tym następujące zdarzenie: Gdy pewnego razu św. Jadwiga poszła do lasu, aby szukać ziół, zaczęła mieć ogromne pragnienie ale nie mogła znaleźć w okolicy wody. Uklękła i zaczęła modlić się do Boga i rzuciła za siebie pierścień z palca. Z miejsca, w którym upadł pierścień wytrysnęło piękne i czyste źródło, z którego Jadwiga napiła się wody. Z owym pierścieniem leżącym na dnie związanych jest ponoć wiele proroctw. Gdy zmarła w klasztorze Treibnitz (Trzebnica), do którego często pielgrzymowała z Legnicy, roznosił się wokół jej zwłok przepiękny zapach, jakby to pachniały fiołki. Przy jej kanonizacji pojawiło się przy jej grobie światło a służące siostry zakonne poczuły ponownie, jak przy jej śmierci, ten cudowny zapach. Klasztor Treibnitz (Trzebnica), gdzie leży pochowana, ufundował jej małżonek, pobożny książę Henryk. Pewnego razu na polowaniu oddalił się od całego orszaku i wpadł w bagno. Nie mógł dowołać się pomocy i zapadał się coraz bardziej. Zaczął uroczyście ślubować, że jeśli Bóg go wyratuje, postawi w tym miejscu klasztor i kościół, i nagle pojawił się węglarz, który podał mu linę i go wyciągnął. Książę upadł na kolana dziękując Bogu i chciał nagrodzić suto owego węglarza. Ten jednak zniknął a książę zrozumiał, że to Bóg zesłał mu na ratunek anioła. Aby spełnić obietnicę, nakazał wyciąć las i w 1203 rozpoczęła się budowa klasztoru. Również on leży tam pochowany, a z pod ołtarza sączy się woda ze studni, z której wodę pili pielgrzymi. To jest to miejsce, w które wpadł na bagnach. Gdy zakończono budowę, nie wiedziano jak klasztor ten nazwać. Książę zapytał zakonnice, czy jeszcze czegoś potrzebują a one odpowiedziały: „Trzeba nis” co oznacza, nic nie potrzeba, i od tych słów nadał klasztorowi nazwę Trzebanis. Święty Czesław był wtedy przeorem u wrocławskich dominikanów. Pobożny, miły Bogu i ludziom człowiek. Razu pewnego został wezwany do chorego do Scheitnig (Szczytniki obecnie dzielnica Wrocławia), aby udzielić ostatniego namaszczenia. Nie znalazł jednak łodzi, która przewiozłaby go przez Odrę. Pomyślał o potrzebie umierającego. Błagał Boga, aby ratował jego duszę. Zdjął wierzchnie ubranie, położył je na fali, i pełen wiary stanął na nim. Wody prowadziły płaszcz jak łódkę, przeor nie miał nawet mokrych stóp, a ubranie, gdy je wyłowił z rzeki też było suche. Umierający otrzymał święte namaszczenie i zmarł. Podobnie było w 1501 roku gdy podczas powodzi w Glatz (Kłodzko) pewien mnich szedł po wodzie do Baderpforte (Furta Łazienna w murach miejskich Kłodzka) po żywność, a pewien chłop, który miał wóz, jechał swoimi końmi za nim przez tę straszną ulewę. O owym Czesławie podają kroniki jeszcze, że gdy Tatarzy oblegali Wrocław a mieszkańcy miasta sami podpalili miasto uciekając do katedry, on pilnie, z bojaźnią i pobożnie wołał do Boga. Wtedy pojawiło się na niebie jasne światło, ognista kolumna czy też jakiś ognisty znak, z którego daleko biło światło, którego Tatarzy bardzo się przestraszyli (podobnie jak niegdyś król Hunów pod Orleanem przestraszył się grzmotów i błysków) i w godzinę bez zwłoki wynieśli się z pod miasta. Niektórzy pisali, że iskry ognia i płomienie spadały z nieba, wpadając miedzy Tatarów, przypalały ich, paliły, wzbudziły lęk i wypędziły.
  15. Góry Sowie też mi bliskie, jak i całe Sudety. Bywam w nich kilka razy w roku, jak czas pozwoli. Na całe szczęście jeszcze nie zdeptane do nieprzytomności jak Karkonosze:) A poniżej kolejna dawka OPOWIEŚCI NIESAMOWITYCH. Zapraszam do lektury. Will Erich Peuckert - Schlesische Sagen cz.2 „Dawno, dawno temu” - „Gestern und ehegestern” Już nasi przodkowie łamali sobie głowę, myśląc, skąd właściwie wywodzi się nazwa „Śląsk”. W końcu wyprowadzili ją od góry Slenz (Ślęża) niedaleko Zobten (Sobótka), która to góra, jak podaje Thietmar von Merseburg, była miejscem bezbożnego pogańskiego bałwochwalstwa. O tym legendy dziś jednak milczą. Jednak w kraju tu i ówdzie znajdują się miejsca, gdzie modlono się i składano ofiary pogańskim bożkom. A było to tak: 2200 kroków od Märzdorf (Marciszów) nad Bobrem znane jest miejsce, na którym przed wieloma laty stał zamek, który dziś jeszcze nazywają Frauenhaus (Domem Kobiet). Wcześniej nazywano go inaczej a jego nazwę przypisywano pewnemu leśnemu bożkowi. Przy budowie ówczesnego kościoła wykorzystano kamienie z tego zamku, a przy rozbieraniu i sprzątaniu gruzów znaleziono brązową kamienna płytę, na której wyrzeźbiona była twarz mężczyzny w wymiarze większym niż naturalny. Uważno, że było to oblicze bożka z owego lasu. Aby zachować ją dla potomności wmurowano płytę w mur wieży znajdującej się poza obrębem kościoła. Kamień ten często malowano na biało, ale zawsze potem robił się czarny. Z początku zamontowano ją po południowej części wieży, ale ona stamtąd wciąż wędrowała na stronę północną, gdyż chciał spoglądać na swój Frauenhaus, skąd pochodziła. Niedaleko Barzdorf w górnych Łużycach na Ringelberg leży ukryty złoty posążek bożka. Weisse Flins (Biały Flins obecnie Izerskie Garby) nad Flinsberg (Świeradów) mają swoją nazwę od pogańskiego kultu, któremu łużyczanie oddawali się pod postacią bożka Flins. Stare baśnie opowiadają o wielkich skarbach pełnych złota i całym złotym bożku zakopanych w tym miejscu. Bergmann pisze w 1827r. z ustnego podania: „Łużyczanie bronili się dzielnie, walczyli o swoją wolność i religię. Uciekali do lasów, gdy zostawali do tego zmuszeni. Tam przychodzili do siebie, aby za chwilę cierpieć ponownie. Około 1133 roku została ich już tylko mała gromadka, która to została zaatakowana przez cesarza Lothara (Lotar III) z Löbau (górnołużycki Lubij). Grupa ludzi, na którą polowano, została przyparta do muru i założyła swoją pierwszą osadę w pobliżu wioski Steine (Kamień) nad Kwisą, gdzie to zachowała się jeszcze w części skała kwarcowa, Kamień Umarłych, która była ich stołem ofiarnym. W gęstwinie zarośli z tyłu skały mieszkał jasnowidz i kapłan, któremu często towarzyszył czarny kogut. Wkrótce Łużyczanie byli zmuszenie iść dalej w górę Kwisy i osiedlili się w dzisiejszym Ullersdorf (Orłowice). Tam do Kwisy wpada jej dopływ Schaumflößel. Miejsce to było dla Łużyczan świętym kąpieliskiem. Kto jednak nie w czasie tzn. kiedy indziej niż o brzasku się w nim kąpał, był czarny na ciele, ten, który ciągle gadał stawał się niemy, ten, kto był wścibski i ciekawski stawał się ślepy. Ponieważ teren coraz bardziej się zaludniał, ostatni pozostali czuli, że muszą przenieść się w trudne do przebycia pustkowie, wysoko aż do źródeł Kwisy. Tam znaleźli swój grób i zagładę.” Według podania bożek Flins miał być w tym miejscu czczony, gdzie obecnie jest główne źródło Kwisy, a przy niszczeniu jego stołu ofiarnego mineralne źródło wybiło i wypłynęło na wierzch. Pośrodku skały kwarcowej tworzącej Biały Flins otworzył się lśniący pałac bożka, wypełniony skarbami. Inni uważają za prawdziwą świątynię bożka graniczący od wschodu z Flinsbergiem (Świeradowem) górę Geiersberg (Sępia Góra). Niektórzy krajanie widzieli tam mianowicie pewna ponadludzką postać z głową pod ramieniem, na maszynie podobnej do drezyny, jak jechała w górę przy domu stolarza Exnera, na co ten się zasępił i straszył deszczem. O tym, że jeszcze dziś na Haumberg, bo tak nazywała się właściwie Geiersteine (Sępia Skała) dźwigająca szczyt, nie jest bezpiecznie opowiadał czasami stary szewc, który tam mieszkał, gdy pracował u Neumanna. Także na Górnych Łużycach żyją jeszcze ślady starej wiary. Od kaplicy w Markersdorf rozciąga się w górę do probostwa kawałek ziemi zwany „Świętym Łanem”. Od kiedy tylko ludzka pamięć sięga, leży on ugorem, gdyż nikomu nie wolno go uprawiać. Jeśli jednak ugór kiedykolwiek zostałby w zuchwały sposób zaorany, to nie tylko na winowajcę, ale i na całą wieś spadłoby wielkie nieszczęście. Koło Weigsdorf (Wigancice Żytawskie) skała „Druisteine” nazywana jest przez lud „Starą Świątynią Bożka” Jeszcze przed dwustu laty byli ludzie, którzy przy wschodzie i zachodzie słońca praktykowali tam modły. Dawny miejscowy kapłan (M. Niger 1614 – 1630) widział te powtarzające się praktyki wiele razy, gdy „stara mamuśka” na wzgórzu odprawiała modły. Opowiadała mu, że przychodziła się tam modlić już wcześniej ze swoją babcią. W Goldenrtaum (Złotniki Lubańskie) są trzy osoby, które w blasku księżyca idą na Kreuzweg (rozstaje dróg) i modlą się do księżyca. Poprzez to otrzymują siłę i moc, aby uskuteczniać wszelkie czary. Rzeczy, jakie kryje w sobie ta ziemia nikt do końca nie umie wytłumaczyć. Układ skał, jaki jest koło Ullersdorf (Orłowice), odwołuje się do wierzeń w bożka Flinsa, a koło Massel (Masłów) rosną w ziemi urny i widoczne bywają już około Zielonych Świątek. W okolice polskiego Würbitz (Wierzbica Górna) przybył kiedyś pewien król z tak potężną armią, że każdy żołnierz przyniósł ze sobą tylko jeden kapelusz pełen piasku, a powstał tam potężny szaniec. W innym szańcu, w którym są groby umarłych koło Gühren (Górzyn) pochowany został kiedyś pewien król. Grób jego kopali więźniowie, później wszystkich zamordowano, aby żaden z nich nie zdradził miejsca pochówku. Nocą z tego szańca roznosi się często hałas, jakby przybywało do niego wiele wozów z głośno brzęczącymi gdyż luźno leżącymi mieczami i włóczniami. W dawnych czasach na zamku Heinzenburg koło Kotzenau (Chocianów) panował na włościach pewien pogański książę, którego bardzo się bano. Pewnego razu przypłynął swoją łodzią na rzekę Sprottebach, gdzie pewien myśliwy ugodził go strzałą ze swojego łuku. Książę wypadł z łodzi, a bagna rozciągające się nieopodal rozwarły się gwałtownie wciągnęły go i zatrzasnęły się nad nim z wielkim hukiem. W dawnych pogańskich czasach dorastająca panna zamieszkiwała w Glatz (Kłodzko). Jej życie było całkowicie bezbożne, ponieważ żyła w rozpuście, nierządzie i zbytku. Swoim łukiem umiała ponoć wystrzelić strzałę od grodu w Glatz aż do wielkiej lipy koło przygranicznego Eisersdorf (Żelazno). Kiedyś założyła się ze swoim bratem oto, kto najdalej strzeli z łuku. Strzeliła milę dalej za fosę grodową, a jej brat nie strzelił nawet na połowę tej odległości, więc to ona wygrała zakład. Jak opowiadali mieszkańcy Glatz (Kłodzko), jej strzała utkwiła w lipie tak głęboko, że było widać tylko jej połowę. Ta panna żyła w rozpuście nie tylko z różnymi mężczyznami, ale również z własnym bratem. Stała się groźną czarownicą, która często dla rozrywki rozrywała swoimi rękami mocną żelazną podkowę. Dlatego też mieszkańcy Glatz (Kłodzko) dążyli do tego, aby ją złapać i ukarać, ale długo się im wymykała z wielu zasadzek. Aż w końcu udało się. Pojmano ją i zamurowano w Wielkiej Sali, która była przy bramie grodu. Tak miała umrzeć. Mogłaby się uwolnić przy pomocy swojej czarodziejskiej diabelskiej mocy. Było więc konieczne, a wiedziano jak temu zapobiec, aby zamurować ją tak aby jej nogi nie dotykały podłoża. Na wieczną pamiątkę kazano wyrzeźbić jej obraz w kamieniu i wmurować go w mur nad głęboką fosą na lewo od wieży, gdzie stykają się górny i dolny zamek. W pogańskiej świątyni znajdującej się w zamku Glatz (Kłodzko) pokazywano na ścianie przez długie lata jej długie piękne żółte włosy zaplecione w warkocz. Chroniło to miasto i zamek od całkowitej zagłady. Jej duch błąkał się jeszcze przez stulecia po zamku w Glatz (Kłodzko). Pewien żołnierz, który pełnił na zamku wartę drwił sobie z niej i szydził. Nagle stanęła przed nim ta pogańska panna i zimną jak lód ręką wymierzyła mu siarczysty policzek. Inny żołnierz wziął sobie ze świątyni jej żółte włosy. W nocy przyszła ona do niego, biła go, drapała i o mało co nie zabiła, gdyby nie to, że jego towarzysz namówił go aby odniósł te włosy szybko na stare miejsce. Wspomniana wcześniej już wielka lipa w Eisersdorf (Żelazno) jest tak stara jak pogańska wieża. Choć lipa już wiele razy usychała, zawsze od nowa ożywała i rosła. Od czasu do czasu są widoczne na niej krople krwi, gdyż jej pień został wcześniej skaleczony przez czarodziejską strzałę. Podobno kiedyś czarownica usiadła na tej lipie i przepowiedziała miastu Glatz (Kłodzko) przyszłość. Między innymi to, że Turek przyjdzie pod Glatz (Kłodzko) i gdy dojdzie przez kamienny most aż do rynku, na wszystkich mieszkańców spadną wszelkie plagi. Stanie się tak za karę, gdyż z zamku wyjdą mu naprzeciw chrześcijańscy mieszkańcy i zabiją na rynku miasta. Nie stanie się tak jednak wcześniej, nim cała chmara żurawi nie przeleci nad chlebowymi ławami na rynku. Podobnie w Braunau (Brunów) wie się o pewnej pogańskiej pannie. Widziano ja jak szła ze swojego grobu przy cmentarnym kościele przez starą furtę unosząc się nad ziemią, wzdłuż dolnej piaszczystej drogi, w towarzystwie trzech miłych piesków, w kierunku pewnej figury modląc się i śpiewając.